Nowy numer 7/2019 Archiwum

Syberyjskie cuda

Polskie albertynki na zimnej Syberii dają dzieciom chleb. I są jak ten chleb – dobre.

Jeszcze chwil parę, jeszcze długa podróż i s. Gabriela wróci do swoich dzieci. I do tych przestrzeni, przyrody przepięknej, choć dzikiej. Syberię pokochała kilkanaście lat temu. Bo bardzo tam potrzebowano i dobrego chleba dla dzieci, i dobrego spojrzenia.

Przywitanie

Do Usola Syberyjskiego polskie siostry albertynki przyjechały w 2001 r. Po roku jubileuszowym chciały Panu Jezusowi podziękować podjęciem kolejnej misji. Prosił ich też o to bp Jerzy Mazur, ówczesny administrator apostolski Syberii Wschodniej, późniejszy biskup diecezji irkuckiej. – Miałyśmy pracować w Usolu, niegdyś mieście kwitnącym, przemysłowym, a po rozpadzie ZSRR będącym w głębokim kryzysie, w którym kwitła bieda, szerzyła się przestępczość. Niestety, największymi poszkodowanymi upadku fabryk i alkoholizmu dorosłych były dzieci – opowiada s. Gabriela, albertynka, która z dwiema innymi siostrami zakładała dom w Usolu.

Przyjechały w ciemno. Nawet skromniutkiego domu, jakiejkolwiek stancji nie miały. Poratowała ich znajoma dobra kobieta, prawosławna zresztą. Dała skromne schronienie. Pierwsza syberyjska zima, jak na zachętę, była łagodna. Do trzydziestu stopni na minusie. Nie do pięćdziesięciu, jak zazwyczaj. Po jakimś czasie udało się siostrom wynająć dwa pokoiki. I w tych pokoikach niemal od początku dały schronienie dzieciakom. Tym z ulicy, z patologicznych rodzin, uzależnionym od wąchania kleju. – Bieda dziecięca była porażająca – opowiada s. Gabriela. – Brud, wszy, głód. Dzieciaczki garnęły się do nas niemal od pierwszych chwil, bo wcześniej nigdy nie zaznały ciepła. Potrafiły w nocy pukać do drzwi i prosić. O zwykły chleb. Bywało i tak, że chłopiec, nasz wychowanek, próbował cichcem wynieść psie jedzenie. I zanieść rodzeństwu. Dzieci musiały uwierzyć, że chleb można po prostu wziąć...

A pralka siostrzana chodziła non stop. Łaźnia była koniecznością. Bo dzieciaki przychodziły umorusane i „pachnące”. Zimą, gdy temperatura dochodziła do minus czterdziestu, w potarganych trampkach. Wychodziły od sióstr czyste, przebrane. I w nowych butach, które czasem matki zabierały i sprzedawały, żeby mieć na alkohol.

Kiedy s. Gabriela dowiedziała się, że tuż za miastem, w kanałach grzewczych, koczuje grupa młodzieży, postanowiła i o nią zawalczyć. Potem ludzie mówili: „Siostro, gdzieś ty poszła?! Przecież mogli cię zabić”! – Nawet nie pomyślałam o niebezpieczeństwie. Wzięłam chleb (jak brat Albert), a do tego kiełbasę i czekoladę. Poszłam do nich, jakiś czas szukałam bez skutku. W końcu zobaczyłam, że odkrywają się włazy do kanałów, a spoza włazów wyglądają dziecięce oczy. Głodne i dzikie. Dałam im jedzenie, rozmawiałam. I tak się zaczęło. Części z nich udało się pomóc – przychodziły do nas, do świetlicy.

Niektórym jednak pomóc się nie dało. Dzieci uzależnione, żyjące od dawna „wolno”, czyli z kradzieży i napadów, nie potrafiły dostosować się do prostych norm, które ustaliły siostry. Nie chciały podjąć nauki, nie potrafiły skończyć z przestępczym życiem. Ofiary historycznych zawirowań i totalitarnych „zabaw” dorosłych.

Nowe życie

– Większości naszych dzieci pomóc się udało i udaje się do dziś. Najpierw pracowałyśmy w ramach projektu „Odnaleźć siebie w życiu”, stworzonego przez mieszkańca Usola, a finansowanego przez Caritas. Obejmował setkę dzieci. Udało się od władz pozyskać lokal, wyremontować go. Tam dzieci spotykały się na zajęciach reedukacyjnych, tanecznych, plastycznych, jeździłyśmy na rowerowe wycieczki, zakupiłyśmy łyżwy. No i oczywiście karmiłyśmy dzieciaki do syta...

Brat Albert swoje siostry tego nauczył: najpierw trzeba biedakowi dać jeść, potem ubranie i dach nad głową, a dopiero później zacząć mówić o Bogu.

Albo również i o nauce. – Kiedyś pytam małego Aloszę, dlaczego on ciągle ze szkoły ucieka. A on mi odpowiada bardzo szczerze: „Bo źle w szkole siedzieć, gdy brzuch głośno burczy” – s. Gabriela kiwa głową. – I miał chłopak rację.

Dlatego najpierw siostry zaczęły kupować dla dzieci jedzenie. Ale było to mało opłacalne, drogie i w dodatku niepełnowartościowe. Siostrzane fundusze szybko się kurczyły. – Zaczęłyśmy więc same gotować i piec chleb. Smacznie, zdrowo, choć najpierw bardzo skromnie. Ot, brało się serdelków, kroiło na malutkie cząsteczki, robiło sos. I był do polania makaronu czy ryżu. Jedliśmy wszyscy razem: siostry, dzieciaki. I wszystkim smakowało.

« 1 2 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji