Nowy numer 29/2021 Archiwum

Przeżyłem Wołyń

– Nie czuję do nich nienawiści. W swojej pracowni zatrudniałem już prawie dziesięciu Ukraińców – mówi ks. Tadeusz Żurawski, który ocalał z rzezi wołyńskiej.

Piwnica budynku kościoła św. Teresy w Łodzi. Na dużych stołach leżą kolorowe szkiełka, słychać dźwięk szlifierki, a na ścianach wiszą szkice wizerunków świętych. Pani Krystyna i pan Wiktor układają anioła z niewielkich kawałków szkła. Praca wre, a ks. Tadeusz jest w swoim żywiole. Studiował historię sztuki, nie wyobraża sobie życia bez witraży. – Zajmuję się nimi już ponad 50 lat, na szczęście przełożeni nie narzekają – śmieje się kapłan. Nic dziwnego: zamówień nie brakuje, duchowny już teraz wie, co będzie robił za rok.

Salezjanin jest ubrany w granatowy fartuch, włosy starannie zaczesał do tyłu, z jego twarzy nie znika uśmiech. Oprowadza mnie po pracowni i pokazuje projekty, które już wykonał. – Ten witraż znajduje się w Korostyszewie, a ten w Bardoniu. Z kolei tamte trafiły do katedr wileńskiej i kijowskiej – tłumaczy. Za naszą wschodnią granicą kapłan bywa zresztą dość często.

Po krótkim wykładzie na temat technik wykonywania witraży z rozbawieniem stwierdzam, że to dobry materiał na osobny artykuł. – Ach, bo pan chciał rozmawiać o Wołyniu. Chodźmy na plebanię – mówi ks. Tadeusz. Wydaje pracownikom krótkie instrukcje i opuszczamy witrażownię, w której kapłan od lat spędza wiele czasu. Resztę poświęca na Msze, spowiedź, spotkania kręgu Domowego Kościoła i modlitwę, także za Ukraińców, którzy kilkadziesiąt lat temu w bestialski sposób zamordowali jego rodzinę: trzech braci ojca, ich dzieci oraz kuzynkę. Tata ks. Tadeusza przeżył tylko dlatego, że wcześniej wywieziono go na Sybir.

Czysta Ukraina

Do zakonnej celi przez niewielkie okno wpada promień bladego światła. Oświetla ścianę, na której wisi obraz pt. „Ku nadziei” autorstwa ks. Tadeusza Furdyny. Przedstawia grupę ludzi wędrujących w mroku, poszukujących swojej drogi. – Przypomina mi Wołyń. My także uciekaliśmy nocą, prawie nago, zerwani z łóżka. Mieliśmy nadzieję, że przeżyjemy – mówi ks. Żurawski. Nad obrazem dostrzegam krzyż, wykonany z ciężkiego metalu. Kapłan wyjaśnia, że to jedyna pamiątka z jego domu rodzinnego w Polanówce na Polesiu Wołyńskim. Wiąże się z nim niezwykła historia. – Gdyby nie ten krzyż, tobyśmy nie przeżyli. Pan Jezus uratował nas w cudowny sposób – mówi kapłan i zaczyna swoją opowieść.

Rodzina ks. Tadeusza sprowadziła się na Wołyń po I wojnie światowej. Tam ziemia była tańsza, a trzeba było czymś obdzielić liczne potomstwo dziadków księdza. Rodzice prowadzili sklep kolonialny we wsi, w której urodził się przyszły kapłan: tata jeździł po towary do Równego i Kostopola. – Raz oberwałem za czekoladki. Wynosiłem je potajemnie ze sklepu i dawałem koleżankom Ukrainkom, które mieszkały niedaleko – wspomina ksiądz. Podkreśla, że przed wojną wszystkie narodowości żyły ze sobą w zgodzie.

Zimą 1943 r. pododdziały UPA gromadziły się wokół Saren na Wołyniu. Stamtąd przyjeżdżały do pobliskich polskich wiosek, aby mordować ludzi, podpalać ich domy i kraść dobytek. – Ukraińcy chcieli państwa etnicznie czystego jak szklanka wody – mówi ks. Żurawski. Wspomina, jak w połowie marca ukraińskie sotnie zaczęły pojawiać się także w Polanówce. Pod jego dom przyszło wtedy trzech Ukraińców. Ośmioletni Tadeusz obserwował całą sytuację przez niewielki otwór w zamarzniętej szybie. – Był wśród nich dobrze nam znany Ukrainiec. W swoim gospodarstwie kupionym po I wojnie pozwolił zorganizować prowizoryczną polską szkołę – wspomina kapłan. Josip, podobnie jak pozostali Ukraińcy, musiał pomagać UPA w odnajdywaniu Polaków, ale sam nie chciał ich śmierci. Pod domem celowo zaczął głośno mówić o tym, że nie ma sensu tam wchodzić. Argumentował, że kobieta z dziećmi tak szybko nie ucieknie, więc można wrócić później. Ukraińcy zrezygnowali z „wizyty”, a mama Tadeusza już wiedziała, co ma robić. Spakowała trochę rzeczy i jedzenia, wzięła na ręce młodszego Czesława, a starszemu Tadeuszowi dała do niesienia wspomniany już krzyż oraz Pismo Święte. – Uciekliśmy do znajomego gospodarza, który mieszkał przy polskiej szkole. Mama miała do niego zaufanie – mówi kapłan. Wspólnie z kilkoma innymi rodzinami postanowili opuścić wieś.

Ocalony podwójnie

Pan Grzyb wziął Tadeusza i jego brata na swoją furmankę. Mama szła obok wozu. Był wieczór, ale księżyc oświetlał im drogę, jechali do zaprzyjaźnionego ukraińskiego gospodarstwa. – Wiedzieliśmy, że tam nas nie zabiją, ale nam pomogą – opowiada ks. Żurawski.

Na miejscu prosili, aby przyjęto ich na noc. Gospodarze nie chcieli się zgodzić, bo akurat w domu przebywali banderowcy: wracając wieczorem z kolejnej rzezi, mogliby spotkać Polaków i ich zamordować. Ze względu na dzieci Ukraińcy zdecydowali się jednak przyjąć przyjaciół. Spędzili więc noc z niebezpieczeństwem czyhającym tuż za ścianą. – Siedzieliśmy w zamkniętym pokoju, nie mogliśmy wypowiedzieć ani jednego słowa. Nad ranem, kiedy banderowcy jeszcze spali po kolacji zakrapianej bimbrem, szybko wyjechaliśmy – opowiada ks. Żurawski.

Cały czas trwała dyskusja, gdzie powinni jechać: UPA mogło ich dopaść prawie wszędzie. Po nocy spędzonej w Półbiedzie, w domu przepełnionym uciekinierami, chcieli dotrzeć do Janowej Doliny, ale ktoś poradził im, żeby skierowali się do Stepania. – Mówiono, że tam pomogą nam Niemcy. Oni wywozili Polaków na roboty do siebie, wystarczyło tylko dojść na pociąg – mówi salezjanin.

Rano wyjechali furmankami na drogę. Zapadła decyzja, żeby za wszelką cenę dostać się do lasu, tam było najbezpieczniej. Kiedy byli już na łące, na koniach nadjechali banderowcy. Zbliżali się do każdego wozu. – Po kolei zaczęli rąbać siekierami i dźgać nożami – mówi kapłan. Pismo Święte było za ciężkie, więc zostało w jednym z domostw, w którym nocowali, ale mały Tadeusz cały czas miał przy sobie krzyż. Mama oderwała od niego podstawę, żeby łatwiej było go nosić. – Wtedy na furmance kazała mi go trzymać jak najwyżej, bo być może wtedy ocalejemy – opowiada ze wzruszeniem ks. Żurawski. Rzeczywiście tak się stało – ciosy ich nie dosięgały.

Pod lasem dostrzegli jeszcze dwóch napastników z karabinami, którzy wykorzystując zamieszanie, zaczęli do nich strzelać. – Czułem, że kula była blisko. Mama zauważyła później, że przeszyła mój kaszkiet, tuż nad głową – mówi ksiądz. Tego dnia Bóg ocalił go już po raz drugi.

Tylko dwóm furmankom udało się uciec do lasu, reszta Polaków została bestialsko zamordowana. W czasie tułaczki mijali kolejne miejscowości, aż dotarli do niemieckiego obozu przejściowego w Łucku. W tych trudnych czasach to właśnie naziści dali im schronienie i pracę.

W lutym 1944 r. Sowieci wyzwolili obóz, powiesili kilku banderowców, jednak w mieście nadal nie było bezpiecznie. Żeby przeżyć, Tadeusz sprzedawał gazety i papierosy. W czasie pracy kilka razy natknął się na wrogo nastawionych Ukraińców. Jeden z nich próbował go namówić do przejścia na drugą stronę rzeki, gdzie prawdopodobnie czekali na niego banderowcy. Tadeusz wyrzucił gazety do wody i zaczął uciekać.

Wiosną 1945 r. rodzina wyjechała na tzw. Ziemie Odzyskane. Trafiła do Nowego Tomyśla, gdzie życie trzeba było zaczynać od początku.

Potrzebujemy prawdy

Jak ks. Żurawski ocenia film „Wołyń” Smarzowskiego? – Sytuacje pokazane w tym filmie są jak najbardziej realne, tak było – mówi kapłan. Jego zdaniem obraz nie jest przerażający dla widza i bardzo dobrze, że tak się stało. – Nawet młodzież może go obejrzeć. Gdyby naprawdę pokazano 132 sposoby mordowania Polaków, to byłby nie do zniesienia – podkreśla.

On sam widział tak dużo, że przez pierwsze lata po wojnie przeżywał szok. Jego mama musiała zamykać drzwi i zastawiać dojście do okien, żeby nie zaczął uciekać przed banderowcami. – Morderstwa, noże i siekiery śniły mi się jeszcze długo – przyznaje ks. Żurawski. Później jednak przyszedł czas na przebaczenie. – Ci ludzie byli omamieni durną ideologią. Nie ma we mnie złości, jest smutna pamięć. Pan Bóg też chce mieć ich zbawionych, to On ich osądzi. Może jeszcze przed śmiercią ktoś się nawrócił? Modlę się za nich – mówi kapłan.

Po wojnie ks. Żurawski wielokrotnie bywał na Ukrainie, nie tylko po to, by zawieźć tam wykonane przez siebie witraże. W 2010 r. udało mu się zebrać pieniądze i odnowić cmentarz katolicki w miejscowości Deraźne, gdzie został ochrzczony, a jego rodzice wzięli ślub. – Moi dziadkowie tam leżą, umarli jeszcze przed wojną. Ukraińcy wszystko zdewastowali – opowiada. Dla niego i jego krewnych to teraz kawałek polskiej ziemi. Wspólnie z bp. Marcjanem Trofimiakiem poświęcili odrestaurowany cmentarz – teraz wiadomo, gdzie kto leży.

Niestety, tego samego ksiądz nie może powiedzieć o rodzinie, zamordowanej podczas rzezi wołyńskiej. Ich kości prawdopodobnie leżą gdzieś w lesie, gdyż banderowcy nie chowali ciał. Dlatego kapłan uczcił ich pamięć w inny sposób. W miejscu, w którym stał kiedyś jego dom, postawił w ubiegłym roku krzyż z tabliczką, na której wypisano nazwiska zamordowanych. Pomogli mu w tym miejscowi Ukraińcy.

Ks. Żurawski nie pochwala tego, że na Ukrainie nadal czci się Banderę, stawiając mu pomniki i nazywając ulice jego imieniem. Zaznacza jednak, że rozmawiał z wieloma osobami, które rozumieją, czym była rzeź wołyńska. Po latach spotkał się m.in. z córką Josipa, który kilkadziesiąt lat temu ostrzegł jego rodzinę przed niebezpieczeństwem. – Mam wielu zaprzyjaźnionych Ukraińców, nie wszyscy ich przodkowie mordowali. Także dzięki nim ja przecież ciągle żyję – podkreśla kapłan. Na koniec mówi, że potrzebujemy oddolnych inicjatyw zmierzających do pojednania. On sam jest otwarty. – Dawałem Ukraińcom pracę, wysyłałem leki, udzielałem im ślubów, chrzciłem ich dzieci – wymienia. Wszystkim nowo poznanym ukraińskim imigrantom, którzy przybywają do Polski, szukając schronienia, mówi o rzezi. Wielu o niej nigdy nie słyszało. – Musimy dążyć do prawdy. Ukraińcy muszą przestać opierać się na tym, co mówiono im w szkołach. Potrzeba tutaj organicznej pracy instytutów naukowych – podsumowuje kapłan. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama