Nowy numer 29/2021 Archiwum

In vitro i dobra zmiana

Rządowy „Program kompleksowej ochrony zdrowia prokreacyjnego w Polsce” to wielkie rozczarowanie. Czy jednak mogło być inaczej, skoro tworzyli go głównie zwolennicy in vitro ?

Gdy do władzy doszedł PiS, nowy minister zdrowia Konstanty Radziwiłł zapowiedział, że wdrożony przez rząd PO–PSL program refundowania in vitro zostanie zastąpiony przez nowy program leczenia niepłodności. Nadzieje budziły doniesienia, że ma on być oparty na naprotechnologii – zbiorze metod nowoczesnego diagnozowania i leczenia niepłodności, który nie jest kontrowersyjny moralnie.

Jest jedno „ale”

– Nowy program wcale nie opiera się na naprotechnologii, a jeśli już, to w bardzo niewielkim stopniu – ocenia dr n. med. Katarzyna Jankowska, endokrynolog i naprotechnolog z Instytutu Rodziny w Warszawie. Co więcej, jak zauważył ginekolog i naprotechnolog dr Piotr Gratkowski, nie przewiduje on wprawdzie refundacji procedury in vitro, ale No właśnie, jest jedno „ale”. Chodzi o to, że ze środków przeznaczonych na nowy program będzie wolno kupować sprzęt, który może służyć w procedurze in vitro. Chodzi o zamrażarki do programowalnego zamrażania nasienia oraz tzw. dewary, czyli urządzenia do jego przechowywania. Ministerstwo Zdrowia twierdzi, że są one niezbędne do inseminacji (która zresztą w praktykowanym obecnie kształcie nie jest zgodna z nauką moralną Kościoła). Jednak – jak mówią nasi rozmówcy ginekolodzy – do inseminacji stosuje się zwykle nasienie świeże. Owszem, zdarza się, że jest ono mrożone przed inseminacją. Chodzi jednak głównie o sytuacje, w których sperma pochodzi od anonimowego dawcy i trzeba czasu, by sprawdzić, czy nie jest on nosicielem groźnej choroby.

Nasi rozmówcy są zgodni w opiniach: kupiony za rządowe pieniądze sprzęt do zamrażania najprawdopodobniej będzie w końcu służył w programie in vitro. Można odnieść wrażenie, że lobby in vitro przyczaiło się w oczekiwaniu na rząd skłonny refundować zapłodnienie pozaustrojowe. A póki to nie nastąpi, próbuje wyciągnąć dla siebie z państwowej kasy, ile tylko się da. – Jesteśmy rozgoryczeni, że tak to wygląda – podsumowuje dr Jankowska.

Jak do tego doszło?

Gdy rodził się nowy program, utworzono ministerialny zespół, w którym zasiedli profesorowie będący zwolennikami in vitro. Środowisko naprotechnologów reprezentowane było nader skromnie przez dr Ewę Ślizień-Kuczapską. – Rozmowy były krótkie, pospieszne, bardzo rozczarowujące. Nie czuję się autorką stanowiska przedstawionego przez ten zespół – mówi dziś dr Ślizień-Kuczapska.

W efekcie prac zespołu powstał program, na który do 2020 r. wydane ma być ponad 100 mln zł, a który zawiódł oczekiwania tych, którzy chcą nowocześnie diagnozować i leczyć niepłodność, nie chcąc uciekać się do in vitro.

Wspomniane 100 mln zł można by lepiej wykorzystać, m.in. na działania zmieniające mentalność i poszerzające wiedzę lekarzy. Zdaniem ginekologa i naprotechnologa z Lublina dr. Macieja Barczentewicza największym problemem jest świadomość ginekologów, którzy nie przyjmują do wiadomości, że przy leczeniu niepłodności trzeba współpracować z cyklem kobiety. – Przyzwyczaili się do obchodzenia problemów za pomocą in vitro – ubolewa dr Barczentewicz.

In vitro – ostatnia szansa?

Dr Jankowska widzi potrzebę utworzenia osobnej lekarskiej specjalizacji z andrologii – dziedziny nastawionej na rozwiązywanie męskich problemów z płodnością. Lekarzy legitymujących się specjalistycznym wykształceniem w tym kierunku jest w naszym kraju bardzo niewielu. A szkoda, bo są przypadki par, które zawiodły się na in vitro, ale doczekały się potomstwa dzięki leczeniu andrologicznemu. Jednak z informacji uzyskanej w Ministerstwie Zdrowia wynika, że jeśli można spodziewać się zmiany, to raczej w kierunku generalnego zredukowania liczby specjalizacji lekarskich.

Dr Gratkowski, który jest także zastępcą dyrektora ds. medycznych Wielospecjalistycznego Szpitala Wojewódzkiego w Gorzowie, dostrzegł jeszcze inną wadę ministerialnego programu: jego ośrodkami referencyjnymi mogą być wyłącznie kliniki uniwersyteckie czy placówki badawcze. W efekcie status ośrodka referencyjnego i idące za tym środki (od 0,14 do 3,76 mln zł) zyskało 12 placówek, w tym trzy w Warszawie, podczas gdy są województwa, w których takiego ośrodka nie ma wcale. •

Polskie prawo o in vitro

Kwestie leczenia niepłodności i zapłodnienia in vitro reguluje ustawa, przyjęta pod koniec rządów koalicji PO–PSL. To złe prawo. Jednak obecne Ministerstwo Zdrowia poinformowało nas, że nie prowadzi prac nad jego zmianą. Ustawa sprawia wrażenie, jakby była pisana pod dyktando klinik in vitro i legalizowała ich dotychczasowe postępowanie. Praktycznie nie ogranicza ilości zarodków nadliczbowych (i tak wysoki limit sześciu zarodków nie obowiązuje, gdy kobieta osiągnęła 35. rok życia, przeszła udokumentowane choroby wpływające na jej rozrodczość lub co najmniej dwie próby in vitro). Oznacza to zgodę na przetrzymywanie wielu istnień ludzkich w stanie zamrożenia. Ustawa pozwala także na działania eugeniczne, tj. na diagnostykę genetyczną zarodków pod kątem medycznym i na ich zabijanie, jeśli nie są zdolne do prawidłowego rozwoju. Prawo teoretycznie zakazuje handlu zarodkami. Zawiera jednak furtkę dla surogacji i korzystania z in vitro przez pary homoseksualne. Mężczyzna może przekazać komórki rozrodcze kobiecie, z którą pozostaje w związku małżeńskim albo we wspólnym pożyciu, na co wystarczającym dowodem jest ich zgodne oświadczenie. Ustawa przewiduje możliwość anonimowego przekazania komórek rozrodczych innym parom. Gdy prawo to powstawało, krytykował je nie tylko Kościół czy działacze pro life, ale także Sąd Najwyższy.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama