Nowy numer 48/2020 Archiwum

Strażnik

– Gdybym był osobą niewierzącą, nigdy bym tam nie pojechał – mówi Bartosz Rutkowski, były żołnierz zawodowy, prezes Fundacji Orla Straż, który od kilku miesięcy organizuje pomoc dla chrześcijan w irackim Kurdystanie.

Rutkowski postanowił im pomóc. W tym celu założył Fundację Orla Straż. W czerwcu Fundacja przekazała wsparcie dla 45 rodzin w rejonie miast Baqufa, Telskuf oraz Alkusz. Pomaga zresztą nie tylko chrześcijanom, ale także jazydom, których sytuacja jest jeszcze trudniejsza. Za nimi w ogóle nikt się nie wstawia. Mężczyźni są mordowani, a kobiety często wykorzystywane jako seksualne niewolnice w oddziałach islamistów. Dotychczas Fundacja zebrała ponad 83 tys. zł, z czego połowę Rutkowski osobiście przekazał chrześcijanom i jazydom w Iraku. Opowiadając o tych działaniach, podkreśla, że pomagając ludziom obronić się przed fanatykami z Państwa Islamskiego, hamuje się także napływ uchodźców z tych terenów do Europy. To jedyny efektywny sposób, aby zakończyć migrację uchodźców z Bliskiego Wschodu.

Strzelba 
dziadka

Bartosz Rutkowski do wojska wstąpił już w III RP. Ukończył szkołę oficerską we Wrocławiu. Później otrzymał przydział do Ośrodka Szkolenia Nurków i Płetwonurków Wojska Polskiego. Na końcu był tam szefem szkolenia. Zaliczył także kilkumiesięczny staż w Ameryce, gdzie utrwalił znajomość języka angielskiego, co dzisiaj bardzo mu pomaga w pracy Fundacji.

Wojskowe klimaty otaczały go od dzieciństwa. – Z moich dwóch dziadków – wspomina – jeden był w AK, a drugi w NSZ i stamtąd został wcielony do I Armii Wojska Polskiego. Po przesłuchaniu w lubelskiej bezpiece miał do wyboru albo wstąpienie do ludowego wojska, albo wywózkę na Sybir. Pamiętam, że gdy byłem dzieckiem, dziadek opowiadał mi poprzerabiane przygody z partyzantki jako bajki na dobranoc. Po raz pierwszy z broni palnej strzelałem, jak miałem 3,5 roku. Była to myśliwska dubeltówka mojego dziadka. Niedawno zarejestrowałem ją jako swoją. Ma 70 lat, ale nadal celnie strzela – dodaje. Historią zawsze się interesował, teraz przygotowuje się do napisania rozprawy doktorskiej na temat Włodzimierza Bączkowskiego, twórcy idei prometejskiej i aktywności Polski na kierunku wschodnim. Zamiłowanie do historii czasami przydaje mu się w Iraku.

– Tamtejsi chrześcijanie byli ciekawi, czy Polacy walczyli kiedykolwiek z muzułmanami – wspomina. – Powiedziałem, że tak, i nawet pod Wiedniem zatrzymaliśmy ekspansję turecką na Europę. To ich zaintrygowało. Chcieli znać więcej szczegółów. Znalazłem w internecie filmiki przedstawiające atak polskiej husarii i pokazałem im to na swoim laptopie. Scena była trochę surrealistyczna. Siedzę w obozie otoczony wianuszkiem uchodźców. Wielu z nich ledwo uszło z życiem. Wspólnie oglądamy rekonstrukcję szarży husarskiej. Podobała im się – opowiada.

W trakcie służby Rutkowski brał udział m.in. w ekspedycji mającej odszukać wrak „Orła” na Morzu Północnym. Gdy zszedł pod wodę, okazało się jednak, że nie był to legendarny polski okręt podwodny, ale brytyjska łódź zatopiona prawdopodobnie omyłkowo w czasie I wojny światowej. Najgłębiej, prawie 90 metrów, czyli tyle, na ile pozwalają normy w tym zawodzie, schodził, gdy badali wrak „Grafa Zeppelina”, jedynego niemieckiego lotniskowca, który zatonął w 1945 r. Chodziło o sprawdzenie, czy nie jest on źródłem zagrożeń ekologicznych.

– Ludzie na ogół pozytywnie reagują na to, co robię – mówi.
– Nawet w internecie, gdzie hejterów nie brakuje, liczba opinii pozytywnych zdecydowanie przeważa nad negatywnymi. Jeśli internauci czegoś się czepiają, to nie meritum działalności, ale tego, że za szybko zostałem emerytem. Ale tego, że kawał zdrowia zostawiłem przy tym nurkowaniu, już nie widzą.

Co z tego ma?

Dopiero uczy się być osobą publiczną. Z nieznanego nikomu żołnierza, nurka, stał się jedną z twarzy polskiej pomocy dla chrześcijan na Bliskim Wschodzie. Początkowo odmawiał wywiadów, uważając, że jest coś głęboko niestosownego, jeśli przy okazji organizowania pomocy dla innych buduje się własną popularność. Szybko jednak zrozumiał, że jest to konieczne. Ludzie po prostu chcą wiedzieć, komu powierzają swoje pieniądze. Oczywiście ma świadomość, że jego działalność nie rozwiąże problemów ludzi, którym stara się pomóc. – Jeśli jednak dzięki środkom zebranym przez Fundację uda się uratować życie jakiegoś dzieciaka, a taką operację teraz funduje-
my, to uważam, że swój cel spełniłem. Poza tym, jeśli za kilka miesięcy nastąpi kolejne uderzenie ISIS na tereny chrześcijańskie, a żołnierze z tych oddziałów będą mieli dobre wyposażenie, to może front nie pęknie i mieszkańcy wiosek nie będą stawali przed wyborem: przejść na islam albo umrzeć męczeńską śmiercią z rąk fanatyków.

– Czasem ludzie się pytają, ile na tym zarabiam i po co właściwie to robię. Odpowiadam im, że największym moim zarobkiem jest to, że dobrzy ludzie mówią tam do mnie „bracie” i dodają, że się za mnie modlą. Mnie to wystarcza. •

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama