Nowy numer 42/2020 Archiwum

Niedzielni katolicy

Każdy ma prawo pójść w niedzielę do sklepu – i zobaczyć, że jest zamknięte.

Projekt zakazu handlu w niedzielę ma wielu zwolenników i przeciwników. Tak coś pół na pół. Ja należę do tych pierwszych z wielu względów, ale głównie dlatego, że jestem katolikiem.

Już słyszę: Jak to! Ja też jestem katolikiem, a jestem przeciw zakazywaniu ludziom handlowania! Oni mogą nie być katolikami i nie można ich zmuszać do stosowania zasad naszej religii! To kwestia sumienia, a nie prawa. Wychowujmy, a nie nakazujmy. Często padają takie argumenty.

To rozczulające, jakich my mamy wrażliwych katolików. Cokolwiek by człowiek chciał w prawie ruszyć, jakąkolwiek by zmianę zaproponował – zaraz odzywa się chór zatroskanych o „innych”: o ateistów i deistów, o agnostyków i prognostyków (przepraszam tych ostatnich, nic innego mi się nie rymowało).

No jasne, że w Polsce żyją też niekatolicy. Ale gdyby tylko oni byli przeciw zakazowi niedzielnego handlu, to zebrałoby się tego góra 10 procent obywateli. I to tych 10 procent gna panie z Biedronek i innych Lidlów (w większości katoliczki przecież), żeby w niedzielę siedziały na kasie?

No nie, powodem, dla którego sklepy w Polsce są w niedziele otwarte, nie są żadni ateiści, tylko katolicy właśnie. To oni w większości organizują sobie „niedzielny wypoczynek” w sklepach, oni urządzają sobie zakupowe spacery itd., itp. To ich wygoda podpowiada im, żeby być przeciw zamykaniu sklepów. A z wygodą katolicyzm, jak widać, często przegrywa.

Oznacza to, że wielu katolików nie ma przekonania, że zasady życia społecznego, które wynikają z Bożego oczekiwania, są dobre dla wszystkich – nie tylko dla katolików. Nie wierzą, że niedzielny wypoczynek jest po prostu korzystny dla człowieka, choćby nawet nie był katolikiem.

Rewolucjoniści francuscy nie wierzyli w to do tego stopnia, że zamiast tygodni porobili sobie dekady i wolne mieli co dziesięć dni. Jakoś to się nie utrzymało – i nie tylko dlatego, że rewolucja w końcu wygasła.

Jasne, że nie można nikogo ustawowo zmuszać, żeby chodził do kościoła albo się codziennie modlił, ale nic takiego nie ma przecież miejsca. Ewentualny zakaz handlu w niedzielę nie byłby żadną opresją, jak chcieliby niektórzy komentatorzy, tylko jedną z wielu regulacji życia społecznego. Pewnie, że takie regulacje zawsze są dla kogoś jakimś ograniczeniem, ale inaczej się nie da. Tylko naiwni fani czystego liberalizmu wyobrażają sobie, że można wszystko zostawić ludzkiej przedsiębiorczości i że „rynek wszystko wyreguluje”. Gdyby nie wprowadzono zakazu handlu w największe święta, toby i w Boże Narodzenie, i na Wielkanoc naród „świątecznie wypoczywał” w supermarketach – kosztem pracowników, swojej rodziny i swojej duszy.

Regulacje są konieczne tam, gdzie ludzie żyją razem. Jak w Polsce.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Franciszek Kucharczak

Dziennikarz działu „Kościół”

Teolog i historyk Kościoła, absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, wieloletni redaktor i grafik „Małego Gościa Niedzielnego” (autor m.in. rubryki „Franek fałszerz” i „Mędrzec dyżurny”), obecnie współpracownik tego miesięcznika. Autor „Tabliczki sumienia” – cotygodniowego felietonu publikowanego w „Gościu Niedzielnym”. Autor książki „Tabliczka sumienia”, współautor książki „Bóg lubi tych, którzy walczą ” i książki-wywiadu z Markiem Jurkiem „Dysydent w państwie POPiS”. Zainteresowania: sztuki plastyczne, turystyka (zwłaszcza rowerowa). Motto: „Jestem tendencyjny – popieram Jezusa”.
Jego obszar specjalizacji to kwestie moralne i teologiczne, komentowanie w optyce chrześcijańskiej spraw wzbudzających kontrowersje, zwłaszcza na obszarze państwo-Kościół, wychowanie dzieci i młodzieży, etyka seksualna. Autor nazywa to teologią stosowaną.

Kontakt:
franciszek.kucharczak@gosc.pl
Więcej artykułów Franciszka Kucharczaka

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także