Nowy numer 37/2021 Archiwum

Polska lwica na Północy

Polska lekarka została w Norwegii wyrzucona 
z pracy za odmowę zakładania wkładek wczesnoporonnych. Postanowiła walczyć.

Doktor Katarzyna Jachimowicz była jednym z pierwszych w Polsce specjalistów medycyny rodzinnej. Od 1999 r. pracowała w przychodni w Białymstoku. W 2008 r. wyjechała z rodziną do Norwegii. – To było marzenie mojego męża, też lekarza, radiologa. Ja również chciałam popracować w tamtejszym systemie, bo słyszałam, że norweska medycyna rodzinna stoi na wysokim poziomie – opowiada.

Norwegom bardzo zależało na pozyskaniu polskiego radiologa. Zaprosili więc do siebie całą rodzinę, by przekonać Polaków do przeprowadzki do krainy fiordów. Także pani Katarzyna nie musiała długo czekać na ofertę pracy w charakterze lekarza rodzinnego. Było to spore wyzwanie, bo w Norwegii lekarz rodzinny ma dużo szerszy zakres kompetencji niż w Polsce. Mieści się w nim nawet drobna chirurgia.

Słowo Norwega

Gdy gmina Sauherad zaproponowała jej objęcie posady w miejscowej przychodni, dr Jachimowicz od razu zaznaczyła, 
że nie będzie kierować pacjentek na aborcję ani zakładać im domacicznych wkładek wczesnoporonnych. Oświadczyła, że nie będzie brać udziału w niszczeniu ludzkiego życia, które z czysto biologicznego, genetycznego punktu widzenia zaczyna się w momencie połączenia plemnika i komórki jajowej. 
– Nie ma sprawy – odpowiedzieli jej przyszli pracodawcy.

Ich stanowisko nie zostało zawarte w pisemnej umowie o pracę. Ale było zbieżne z prawem ogólnie obowiązującym w Norwegii. Gdy bowiem zalegalizowano tam aborcję na życzenie do 12. tygodnia ciąży, jednocześnie zagwarantowano lekarzom prawo do sprzeciwu sumienia. Poza tym, jak podkreśliła dr Jachimowicz, zgodzono się na jej warunki nie w cztery oczy, ale na spotkaniu z udziałem władz gminy i wszystkich pracujących w niej lekarzy. Była to więc umowa ustna, której istnienie potwierdził pisemnie jeden z uczestników spotkania.

Dr Jachimowicz zaczęła leczyć norweskie rodziny. – Nie było na mnie ani jednej skargi. Lista moich pacjentów rosła. Byli na niej i rdzenni Norwegowie, i mieszkający tam Polacy, i Rosjanie, bo mówię także po rosyjsku – opowiada lekarka.

Wikingowie polegli

Problemy zaczęły się w styczniu 2015 r. Nieco wcześniej zniesiono w Norwegii obowiązek kierowania na aborcję, ale też całkowicie zniesiono klauzulę sumienia w medycynie rodzinnej. Dla jej specjalistów oznaczało to m.in. prawny obowiązek zakładania pacjentkom na ich żądanie wkładek wczesnoporonnych. Nie jest to uważane za udział w aborcji. Dlaczego?

Żeby usprawiedliwić stosowanie środków wczesnoporonnych – także w Polsce – definiuje się ciążę nie jako stan po poczęciu, ale dopiero po zagnieżdżeniu zarodka w macicy. A skoro – w myśl tej definicji – przed zagnieżdżeniem nie ma ciąży, to nie ma też przerwania tej ciąży na skutek działania wkładki, czyli nie ma aborcji.

Rzecz jednak w tym, że sprzeciw wobec stosowania środków wczesnoporonnych nie wynika z konieczności chronienia ciąży. Ciąża to jeden ze stanów fizjologicznych, a te naturalnie się zmieniają. Raz człowiek jest głodny, a raz syty. Raz śpi, a raz jest wybudzony. Nie ma więc sensu chronienie stanu fizjologicznego jako takiego. Jest jednak głęboki sens w tym, by chronić życie człowieka. A człowiek istnieje od momentu poczęcia. Właśnie dlatego – z powodu obowiązku chronienia życia człowieka – dr Jachimowicz odmówiła zakładania tzw. spiralek.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama