Nowy numer 27/2020 Archiwum

Brat naszego Boga

– Brat Albert Chmielowski kochał sztukę i Chrystusa – mówi brat Kamil, od 17 lat u albertynów na Kazimierzu w Krakowie. – Rzucił pędzel, aby zajmować się większą sztuką – służeniem bezdomnym.

W albertyńskim sanktuarium przy Woronicza w Krakowie wisi obraz „Ecce Homo”, uznawany za najważniejsze dzieło świętego malarza, bardzo ważnego dla Karola Wojtyły. Późniejszy papież poświęcił mu dramat „Brat naszego Boga”. Zastanawiał się w nim nad wyborem „większej wolności”, na którą zdecydował się Adam Chmielowski, zamieszkując z wykluczonymi społecznie. Nieraz wracał do postawionego przez niego pytania, fundamentalnego dla każdego artysty: „Czy sztuce służąc, Bogu służyć można? Chrystus mówi, że dwóm panom służyć nie można”. Brat Albert Chmielowski wybrał jednego Pana – Jezusa Chrystusa.

Założył zakon braci i sióstr, którzy są stale na linii frontu przebiegającego między dwoma światami – sytym i głodnym; tym, gdzie żyją ludzie, którym się powiodło, i tym, w gdzie kryją się odrzuceni. Albertyni w tych lekceważonych i wyśmiewanych adorują twarz Zbawiciela jak ich twórca na obrazie „Ecce Homo”. „Jan Paweł II pisał, że modlitwa polega na tym, żeby skupić się na twarzy Jezusa. Gdy człowiek kontempluje twarz Jezusa, to jego twarz się zmienia” – przypomina bp Grzegorz Ryś w książce „Ecce Homo”. Kiedy odwiedza się izby pamięci brata Alberta u sióstr albertynek przy Woronicza i u braci albertynów przy Skawińskiej w Krakowie, w drogę wchodzą bezdomni, przychodzący tu szukać chleba i pomocy. Okazuje się, że nie umarli, ale wciąż zmartwychwstają na ulicach tego miasta, przypominając, że brat Albert wciąż jest potrzebny.

Wymagający

Obraz „Ecce Homo” to zapis drogi duchowej Adama Chmielowskiego. Zaczął go malować w 1879 r. we Lwowie, w atelier dzielonym z Leonem Wyczółkowskim. Początkowo była to tylko głowa Chrystusa skazanego na śmierć i ledwie zarysowany szkic tułowia. Jezus nosi koronę cierniową, a w ręku trzyma trzcinę. Artysta miał ze sobą nieukończone dzieło nawet wtedy, kiedy wstąpił do jezuitów w Starej Wsi, gdy przez dwa lata milczał, przeżywając depresję, i kiedy brat Stanisław zabrał go do siebie na wieś, na Podole, gdzie po spowiedzi odzyskał zdrowie. Ukończył go kilkanaście lat później w Krakowie, ponaglany przez abp. Szeptyckiego. Siostry albertynki odzyskały płótno dopiero w 1978 r. z muzealnych magazynów we Lwowie, gdzie ukryli je bolszewicy. Oddały za nie „Cyprysy” ukraińskiego malarza Iwana Trusza. Teraz wisi nad ołtarzem w sanktuarium „Ecce Homo”, gdzie brat Albert nie mógł przebywać, bo wybudowano je dopiero w 1983 r., po jego beatyfikacji na krakowskich Błoniach. Siostra Lidia, od 34 lat w zgromadzeniu, podobnie jak brat Albert rzuciła pędzel. Na początek jej lat zakonnych przypadł czas beatyfikacji, a potem kanonizacji założyciela, więc malowała dziesiątki kopii jego wizerunków i „Ecce Homo”. Jedną z nich – wielkości zeszytu – ustawił na swoim biurku Jan Paweł II. Siostra Lidia jest też autorką obrazu kanonizacyjnego. – „Ecce Homo” to obraz wymagający – mówi. – Trzeba oddać charakter twarzy człowieka zniszczonego, sponiewieranego, w którym pomimo wszystko obecna jest godność. Chrystus nie ma typowej aureoli, ale za jego głową widać światło.

Na jedną kartę

– Bez Boga nie byłabym w stanie pomóc człowiekowi, który miał tylko pół twarzy, bo drugą zjadł mu rak. Kiedy podałam mu posiłek, wszystko wychodziło na zewnątrz, bo brakowało mu policzka. A jednak to spotkanie było dla mnie przeżyciem mistycznym, jednym z ważniejszych w życiu. Największa prawda tego człowieka była ukryta w jego cierpieniu, które domagało się uwagi. Zobaczyłam w nim to, co niewidzialne – mówi siostra Lidia. Niedawno spotkała na ulicy mężczyznę po trzydziestce, po amputacji nogi, który uciekł na wózku ze szpitala. Bił od niego taki odór rozkładającego się ciała, że ludzie go omijali. Siostry zabrały go do siebie i opatrzyły. Gdy zaczęły go myć, z jego ran wychodziły białe robaki. – Na potrzebujących nie można patrzeć z obrzydzeniem – mówi. – Powinno się ich traktować tak jak matka dziecko. Kiedy matka zmienia niemowlęciu pieluchę, nie narzeka, że jego kupa śmierdzi.

Nigdy nie żałowała wyboru swojej drogi: – Kiedy ma się jedno życie, warto postawić wszystko na jedną kartę, jak brat Albert. Święty zaproponował współbraciom niesienie krzyża, czyli coś, co określa najgłębsze relacje człowieka z Bogiem. Jeśli ktoś nie chce nieść krzyża, nie jest godny Chrystusa – mówi. Siostra Michaela, od 36 lat w zakonie, zna szczegółowo życiorys brata Alberta i bł. Bernardyny Jabłońskiej – jego uczennicy i kontynuatorki dzieła, pierwszej przełożonej generalnej albertynek – zwanej siostrą starszą. Jest przekonana, że ludzie, którym pomagają, pokazują światu, jak wielką sprawą jest dźwiganie cierpienia. – Twarz Chrystusa z „Ecce Homo” jest mało podobna do oblicza ludzkiego, a przecież to właśnie prawdziwa twarz człowieka – mówi.

Siostra Assumpta, od 62 lat albertynka: – Bóg powiedział: „Uczyńmy człowieka na obraz i podobieństwo swoje”, dlatego nie można dzielić ludzi na nadzwyczajnych i tych, którzy nic nie znaczą. Kiedyś miałam dyżur na furcie i przyszedł jakiś podpity mężczyzna. Żalił się, że mieszka w piwnicy, nie ma co jeść, i poprosił mnie o jedzenie, świeczki i kilka rzeczy, które mu przyniosłam. Po jakimś czasie wyszłam na ulicę. On siedział na schodach i płakał. Kiedy zapytałam, co się stało, wykrzyczał, okładając się pięściami po głowie: „Bo ja jestem taki łajdak, a siostra mi tyle dała!”.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL