Nowy numer 25/2021 Archiwum

Nasz naród

Trudno jest pisać komentarz parę godzin po zakończeniu wyborów, kiedy mamy tylko sondażowe szacunki ich wyników.

Jedno jednak jest pewne. Te wybory zamykają epokę Donalda Tuska i epigonalne rządy Ewy Kopacz. Najlepiej ten czas oddaje słowo „konformizm”. Ludzie ci, zależnie od okoliczności, potrafili na zmianę z równym zapałem wychwalać św. Jana Pawła II i dzisiejszą Europę, o której św. Jan Paweł II pisał, że próbuje pozbawić swe narody duszy chrześcijańskiej „przez stanowienie praw dla tworzących ją ludów w oderwaniu od ich życiodajnego źródła, jakim jest chrześcijaństwo”. Najważniejszym problemom narodowym, na przykład kryzysowi demograficznemu, Tusk się w najlepszym razie przyglądał. Jego ostatnią odpowiedzią na problem wyludnienia prowincji była propozycja „bonów migracyjnych” dla młodzieży na wyjazdy do wielkich miast. O Tusku jego ówczesny partyjny kolega, protegowany i wielbiciel Janusz Palikot napisał był, że „jest pierwszym politykiem, który nie zadaje sobie pytania, co po nim zostanie. Bo czy coś musi pozostać?”.

Beztroskiemu stosunkowi do przyszłości narodowej towarzyszyła namiętna walka o doraźne przywileje i osobistą władzę. W końcu premier Kopacz swe własne wyniesienie zawdzięczała atakom na swojego poprzednika na stanowisku marszałka Sejmu Grzegorza Schetynę, który po tragedii smoleńskiej zachował się – jak na standardy tej władzy – zbyt samodzielnie. Wymagali konformizmu i praktykowali go na planie europejskim. Nie tylko ratyfikowali fatalny traktat lizboński (dzisiejsza presja imigracyjna to skutek degradacji w tym traktacie ZBIOROWEJ pozycji państw Europy Środkowej), wspierali unifikację walutową, z własnej inicjatywy (choć chętnie zasłaniając się tym, jak jest „wszędzie w Europie”) wprowadzali do polskiego życia takie elementy kontrkultury śmierci jak środki wczesnoporonne, i to bez żadnych ograniczeń. W całości popierali politykę Niemiec, eurofederalizm, który miał dokonać destrukcji państw narodowych, a doprowadził do największego kryzysu w historii integracji europejskiej, który to ujawnił się na dwóch płaszczyznach – rozkładu strefy euro i zalewu imigracyjnego.

Po latach bezmyślnego konformizmu premier Ewa Kopacz zdobyła się na oryginalną (przynajmniej w kontekście polskiej kultury) ideę. Polska miała stać się Republiką Bezwyznaniową. Wszystko bowiem, co przekazała nam nasza historia, wstępy do konstytucji majowej i marcowej, przysięga wojskowa Armii Krajowej, Msze na strajkach, Jasnogórskie Śluby Narodu, a jeszcze bardziej intencja ich wypełnienia, wszystko to nasza premier uznała za przejawy „państwa wyznaniowego”. I przed tym wszystkim postanowiła „ten kraj” obronić. Ewa Kopacz nie zauważyła jakoś, że takie pomysły Polacy odrzucili wraz z partią Palikota. Albo może zauważyła, że żyjemy w Europie, która nie ma zamiaru przejmować się tym, co odrzucają Polacy, Słowacy czy Chorwaci, bo nawet referenda narodowe jest w stanie uznać za przejawy „homofobii”. Jednak owa Europa jej nie uratowała, bo są jeszcze wyborcy, i to nie tylko w Warszawie.

Do wielu spośród tych rzeczy by nie doszło, gdyby władza ta potrafiła zachować umiar. Nie piszę tutaj o małoduszności, o „umiarze”, który zaleca umiarkowany patriotyzm, umiarkowaną praworządność, umiarkowaną uczciwość. Mam na myśli prawdziwy umiar, który jest antytezą pragmatyzmu. Pragmatyzm jest skoncentrowany na „celu” (w polityce na ogół na władzy) i w imię „skuteczności” nie zwraca w ogóle uwagi na uboczne SKUTKI własnych działań. Prawdziwy umiar to równowaga, a nawet więcej – harmonia wartości. Branie pod uwagę jeszcze innych elementów prócz własnych celów i pragnień, a szczególnie WSZYSTKICH skutków podejmowanych działań. W polityce umiar przejawia się nie w tchórzostwie, ale szczególnie – w odwadze oddania władzy. Mogli i powinni byli to zrobić. Premier Donald Tusk powinien był oddać władzę innemu politykowi swojej partii po wybuchu afery hazardowej. Albo partia rządząca powinna była zmienić premiera, gdy okazało się, że premier (jako szef partii) na czele większości parlamentarnej postawił polityka pozostającego w głębokiej zażyłości z baronami branży hazardu. Zmiana premiera zapobiegłaby moralnej degradacji partii rządzącej i rewaloryzowałaby obyczaj demokratyczny.

Rząd powinien był przekazać władzę po katastrofie smoleńskiej. Wtedy Polska potrzebowała po prostu gabinetu zaufania publicznego, tak jak po śmierci prezydenta Narutowicza. Potrzebowała rządu, który ukaże ponad sporami partyjnymi Państwo, tym bardziej że musiały odbyć się przedterminowe wybory. Taka decyzja mogłaby częściowo choćby odtworzyć solidarność narodową i oszczędzić Polsce wielu późniejszych dramatów. Ale – wbrew temu, co sądzi prymitywny makiawelizm – oddanie władzy bywa trudniejszą sztuką niż walka o jej zdobycie. Jesteśmy wielkim narodem. Wspaniałe opisy Mickiewicza i Sienkiewicza pokazują, że nie mamy może wielkich zamiłowań teoretycznych i głębokich pasji politycznych. Ale mamy rzecz większą, największą – wiarę. I płynącą z niej zdolność rozróżniania dobra od zła, bo – jak mówił prawie trzydzieści lat temu św. Jan Paweł II – „nie zwykło się tutaj, jak to czasem bywa w świecie współczesnym, konstruować teorii dla usprawiedliwienia zła i nazywania zła dobrem”. Oby wszyscy rządzący już zawsze potrafili to docenić.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama