Nowy numer 43/2020 Archiwum

Przywództwo w czasach kryzysu

Kiedy fala migrantów i uchodźców ruszyła w kierunku Unii Europejskiej, wyraźne stanowisko wobec problemu zajęło dwoje przywódców: Orbán, premier Węgier, oraz Merkel, kanclerz Niemiec. Dzisiaj tylko Orbán może o sobie powiedzieć, że reagował na miarę wyzwań.

Wiosną stało się jasne, że Europa stoi wobec nowej odmiany wędrówki ludów. Gdy olbrzymie masy ludzkie ruszyły z Bliskiego Wschodu na zachód i północ, stało się oczywiste, że tylko solidarne, wspólne działanie krajów Unii Europejskiej może pozwolić uporać się z tym problemem. Tego jednak przez wiele miesięcy najbardziej Europie brakowało.
 

W obronie prawa i porządku

Węgry pierwsze odczuły bezpośrednie skutki wyboru przez migrantów tzw. bałkańskiego szlaku, wiodącego z Turcji przez Grecję, Serbię i Węgry. Wiosną znalazło się tam kilkadziesiąt tysięcy migrantów, co dla niewielkiego kraju było ogromnym obciążeniem. W tym czasie granica serbsko-węgierska stała się „umowną linią” na mapie. W obliczu napierającej masy Budapeszt zdecydował o przekształceniu jej w prawdziwą granicę. Miała skutecznie ograniczyć niekontrolowany napływ ludzi. Nakładem sporych środków zdecydowano się na zbudowanie wzdłuż zielonej granicy wysokiego na prawie 4 metry płotu. Władze węgierskie podkreślały, że celem umocnienia granicy nie jest całkowite zatrzymanie uchodźców. Dzięki postawieniu fizycznej bariery możliwe stało się jednak kierowanie przyjeżdżających osób do wyznaczonych punktów (tzw. hotspotów), gdzie można ich było rejestrować, co zresztą przewidywały unijne dyrektywy. Migranci wyraźnie jednak zamierzali uniknąć tej procedury i chcieli dostać się do Unii z pogwałceniem europejskiego prawa. Gdy Węgrzy umacniali jedną granicę, migranci próbowali ją obejść, kierując się najpierw w stronę Chorwacji, a gdy i ta granica została uszczelniona, poszli przez Słowenię. Granica węgierska jednak nie jest zamknięta. Przejścia graniczne funkcjonują normalnie. Jeżdżą tam tiry, przekraczają ją ludzie, także migranci, choć teraz w liczbie ok. 50 dziennie.

Te działania spowodowały jednak ogromną krytykę Węgier w europejskich, także polskich mediach. Orbán był przedstawiany jako nieczuły na ludzkie nieszczęścia i biedę satrapa, który kierując się ksenofobią i nacjonalizmem, niweczy marzenia setek tysięcy ludzi o bezpiecznym i dostatnim domu. Wyśmiewano się także z „płotu” Orbána jako nieskutecznej atrapy, która jest wyłącznie zabiegiem propagandowym i nie rozwiązuje problemu uchodźców. W Europie niewielu go słuchało, gdy przestrzegał przed indolencją Unii, kiedy pod koniec sierpnia tysiące migrantów zalały okolice dworca Keleti w centrum Budapesztu.

Gdy Bruksela mówiła o przydzielaniu migrantów do poszczególnych państw, Orbán przekonywał, że to żadne rozwiązanie. – To nie jest 150 tys., jakie chcą rozdzielić systemem kwotowym, to nie jest 500 tys. Liczba, jaką usłyszałem w Brukseli, to są miliony, a potem dziesiątki milionów, ponieważ morze imigrantów nie ma końca – przestrzegał, prosząc o pomoc w uszczelnieniu granicy Unii Europejskiej. W odpowiedzi kanclerz Niemiec zapowiedziała, że Niemcy szeroko otworzą drzwi przed uchodźcami i będą ich przyjmować z otwartymi ramionami. Mówiła, że „ma plan”, powtarzała: „Damy radę”.

Planu nie było

Na początku września wspólnie z kanclerzem Austrii Wernerem Faymannem bez jakiejkolwiek konsultacji z pozostałymi państwami Unii Merkel zdecydowała o przyjęciu wszystkich migrantów bez jakichkolwiek procedur. Miała to być decyzja jednorazowa, spowodowana nadzwyczajną sytuacją. Jednak w środowiskach migrantów została odebrana jako zachęta do masowych przyjazdów do Niemiec. W ciągu kilku dni do tego kraju przyjechało co najmniej 30 tys. azylantów. Ponieważ nikt ich nie rejestrował, tylko część została ulokowana w pospiesznie budowanych ośrodkach. Inni rozproszyli się po całym kraju. Nie można więc określić ich dokładnej liczby, a tym bardziej stwierdzić, komu przysługuje status uchodźcy politycznego. Nieodpowiedzialne wystąpienie kanclerz Merkel stworzyło problemy nie tylko dla jej kraju. W dramatycznej sytuacji znalazła się Grecja. Każdego dnia na wyspę Lesbos zaczęły płynąć łodziami i pontonami z pobliskiej Turcji kolejne grupy migrantów, nieukrywających, że celem ich podróży są właśnie Niemcy.

Decyzje kanclerz Merkel wzbudziły wówczas entuzjazm w całej liberalnej Europie, a jej postawa była przedstawiana jako wzór humanitaryzmu. Później, dostrzegając fatalne następstwa tej polityki, Merkel próbowała przerzucić odpowiedzialność za problem nielegalnych migrantów na całą Unię, domagając się wyznaczenia obowiązkowych kwot przyjmowania uchodźców przez pozostałe kraje. Pod koniec września, kiedy było oczywiste, że Niemcy coraz gorzej sobie radzą z ogromną masą ludzi, kanclerz przestała już mówić o niemieckiej gościnności i zainicjowała zmiany w prawie, utrudniające migrantom uzyskanie azylu w Niemczech. W tym czasie szef koalicyjnej CSU, premier Bawarii Horst Seehofer, otwarcie już mówił, że dotychczasowa polityka Merkel to błąd, który będzie miał długofalowe skutki. – Możemy wkrótce znaleźć się w krytycznej sytuacji, której nie zdołamy opanować. Nie widzę możliwości zakorkowania z powrotem tej butelki – mówił bawarski polityk. Szybko okazało się, że miał rację.

W połowie września kierownictwo CSU poprosiło na swoje posiedzenie premiera Orbána, który przedstawił plan działania dla całej Unii. Apelował, aby oddzielać uchodźców uciekających przed wojną od imigrantów ekonomicznych. Ten podział powinien się odbywać przed ich wjazdem do strefy Schengen. Unia powinna też – podkreślił – stworzyć wspólną dla państw członkowskich listę tzw. krajów bezpiecznego pochodzenia, których obywatele nie mieliby w związku z tym podstaw do ubiegania się o azyl na terytorium Unii. Zaproponował, by państwa Wspólnoty utworzyły wart 3 mld euro fundusz na rzecz radzenia sobie z kryzysem migracyjnym, w tym skutecznej ochrony zewnętrznych granic Unii, oraz nawiązały „szczególne partnerstwo” m.in. z Turcją. Jego propozycje zostały w Brukseli zlekceważone.
 

Spóźniona reakcja

Ponieważ każdego tygodnia przyjeżdżały do Niemiec tysiące uchodźców, powodując rosnącą frustrację coraz większej liczby Niemców, zmienił się także ton mediów, które coraz otwarciej zaczęły krytykować panią kanclerz. W październiku już nawet ona zaczęła mówić o potrzebie zamknięcia granicy i zatrzymania migrantów, m.in. przez zmiany w prawie, ściślejsze kontrole na granicach oraz utworzenie stref buforowych poza granicami strefy Schengen. Okazało się jednak, że rację miał premier Bawarii. Raz otwartej butelki nie dało się zamknąć. W tej sytuacji pozostała pani kanclerz jedynie desperacka próba nakłonienia Turcji, aby zatrzymała falę migrantów u siebie. To, z czym przyjechała do Turcji w październiku, niewiele różniło się od tego, co Orbán proponował miesiąc wcześniej.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Andrzej Grajewski

Dziennikarz „Gościa Niedzielnego”, kierownik działu „Świat”

Doktor nauk politycznych, historyk. W redakcji „Gościa” pracuje od czerwca 1981. W latach 80. był działaczem podziemnych struktur „Solidarności” na Podbeskidziu. Jest autorem wielu publikacji książkowych, w tym: „Agca nie był sam”, „Trudne pojednanie. Stosunki czesko-niemieckie 1989–1999”, „Kompleks Judasza. Kościół zraniony. Chrześcijanie w Europie Środkowo-Wschodniej między oporem a kolaboracją”, „Wygnanie”. Odznaczony Krzyżem Pro Ecclesia et Pontifice, Krzyżem Wolności i Solidarności, Odznaką Honorową Bene Merito. Jego obszar specjalizacji to najnowsza historia Polski i Europy Środkowo-Wschodniej, historia Kościoła, Stolica Apostolska i jej aktywność w świecie współczesnym.

Kontakt:
andrzej.grajewski@gosc.pl
Więcej artykułów Andrzeja Grajewskiego

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się