Nowy numer 25/2021 Archiwum

Hospicjum, czyli wspólnota

W tym miejscu śmierć nie jest dla nikogo zaskoczeniem. Chorzy terminalnie wiedzą, że to, co nieuniknione, jest już blisko. Bardzo blisko.

Statystyki są nieubłagane. Przeciętny czas pobytu w hospicjum to 21 dni. Kilka miesięcy to sytuacja wyjątkowa. Już częściej chodzi o kilka dni. Opieka, jakiej potrzebują tu chorzy, jest więc bardzo specyficzna. W pierwszej kolejności to opieka paliatywna. Lekarzom, pielęgniarkom i wolontariuszom chodzi o to, by na tej ostatniej prostej do nieba ulżyć cierpieniom: najpierw fizycznym, potem duchowym. Jakakolwiek rozmowa, próba wsparcia możliwa jest dopiero wtedy, gdy ból słabnie. – Prawo do ulgi w cierpieniu i uśmierzania bólu to jedno z podstawowych praw człowieka – przypomina Tomasz Grądalski, lekarz naczelny Towarzystwa Przyjaciół Chorych „Hospicjum św. Łazarza”.
 

Jak nie teraz, to kiedy?

Lęk jest w hospicjum czymś naturalnym. Niełatwo go oswoić, w większości przypadków okazuje się to niemożliwe. Bliscy umierających też są zazwyczaj bezradni. Bezsilności wobec tego, co już nieuniknione, towarzyszy bariera komunikacyjna. Co mówić? O czym rozmawiać? Pocieszać? Udawać? Zmieniać temat? – W trakcie różnych dyskusji na ten temat dzielę się opinią, że dobrze jest, jeśli chory zrobi pierwszy krok. Paradoksalnie to jemu jest łatwiej. Poza tym dla rodzin to ważny sygnał, że już można rozmawiać na przykład o zaproszeniu księdza – mówi Jolanta Stokłosa, prezes krakowskiego Hospicjum św. Łazarza.

To temat bardzo delikatny i trudny. Zwłaszcza gdy koleje życia chorego były powikłane. Ale z drugiej strony to sytuacja zero-jedynkowa. Jak nie teraz, to kiedy? Zdarzają się przypadki, że bliscy chcą, by umierający ostatnie dni spędził w hospicjum, licząc na cud… już nie wyzdrowienia, ale nawrócenia. I takie cuda są tu na porządku dziennym.

Łatwo oczywiście nie jest. Równie częsta jest wśród odchodzących postawa wyparcia. Choć słowa: „nie chcę księdza” mogą równie dobrze oznaczać: „potrzebuję jeszcze trochę czasu”. Czasem łatwiej rozmawia się z klerykiem (których przychodzi tu wielu) albo z siostrą zakonną. Te drugie najczęściej przełamują lody bezpośredniością, klerycy z kolei potrafią (i chcą) słuchać.

Spełniamy marzenia

Pani prezes nigdy nie pyta ludzi chcących tu pracować, czy wierzą w Boga i życie wieczne. Tak jak nie jest to kryterium brane pod uwagę wobec chorych ubiegających się o przyjęcie. Hospicjum niesie ulgę w cierpieniu przy poszanowaniu i zaakceptowaniu człowieka niezależnie od reprezentowanych przez niego poglądów, poziomu wykształcenia, trybu życia, wyznawanej religii czy jakichkolwiek innych czynników. – Jeśli chodzi o pracowników, pytam wprost tylko o jedno: czy są zwolennikami eutanazji. Odpowiedź pozytywna zamyka możliwość pracy w hospicjum – mówi J. Stokłosa.

Ale bez względu na obecność pośredników jest tu do Boga bliżej, także dosłownie. Architektura i wystrój miejsca zostały tak skomponowane, że kaplica wprost zaprasza, by tu zaglądać, a tabernakulum widać już z daleka. – Kiedy zapraszałam do współpracy kapelana, stawiałam sprawę jasno: Msza Święta powinna być codziennie, a opieką duchową trzeba w równej mierze otoczyć chorych oraz ich rodziny – podkreśla pani prezes. Oferta posługi duchowej jest więc szeroka i zróżnicowana. Są specjalne Msze dla pracowników i wolontariuszy, dla rodzin, które szukają pocieszenia po stracie. Bo modlitwa jest równie ważna jak opieka psychologiczna, którą są natychmiast otaczani.

Zresztą w hospicjum spełnia się i bardziej wyszukane marzenia. – Kiedyś jeden z chorych zwierzył się, jak trudno mu jest umierać bez pożegnania z bliskimi, z którymi kontakt zerwał z własnej winy 40 lat temu. Odnaleźliśmy ich, udało się doprowadzić do spotkania. Trudno opisać, jak wiele to dla niego znaczyło – wspomina J. Stokłosa.
 

Można nie doczekać

W Hospicjum św. Łazarza są 44 łóżka. Nie ma tu, jak w wielu prywatnych placówkach, jednoosobowych pokoi o standardzie hotelowym. Chorzy leżą zwykle w trzyosobowych salach. Nie tylko z konieczności. Wcale nie jest łatwiej umierać samemu, nawet mając za oknem bajeczny widok na góry. Zwłaszcza gdy na tym świecie chory nie ma już nikogo bliskiego. Jest w tym także element obniżania poziomu lęku. Oswajanie śmierci, którą widzi się na wyciągnięcie ręki, rzeczywiście pomaga.

O miejsce w hospicjum jest trudno. Czeka się na nie od jednego do trzech miesięcy. Można nie doczekać. Taka sytuacja zdarza się coraz częściej. I nie wiadomo, co przychodzi trudniej: pożegnanie z chorym, do którego już pracownicy hospicjum zdążyli się przywiązać, czy wiadomość usłyszana przez telefon, gdy dzwoni się z informacją o zwolnionym miejscu: „Niestety, mama już od dwóch tygodni nie żyje”.

Liczba miejsc w 164 polskich hospicjach od lat jest mniej więcej taka sama, czego nie można powiedzieć o populacji chorych terminalnie. Ta rośnie, bo więcej jest zachorowań na nowotwory. Przybywa jedynie placówek prowadzonych przez prywatne spółki, ale to zupełnie inne miejsca, gdzie czynnik medyczny i ekonomiczny dominuje nad duchowym. Nawet jeśli opieka jest sprawowana profesjonalnie, a warunki lokalowe spełniają wymogi sanitarne, często brakuje w nich ciepła, klimatu, nie zaglądają wolontariusze, a opieka duchowa jest „dochodząca”.
 

Najpierw była Arka Pana

Wyjątkowość hospicjów nie bierze się ze sprawności pracujących tu lekarzy i pielęgniarek w niesieniu ulgi cierpieniom konających. Hospicja są czymś w rodzaju grupy wsparcia. Wielką rolę ma tu do odegrania wspólnota. Pielęgniarka, lekarz, wolontariusz, rehabilitant, psycholog i kapelan wspólnie starają się objąć opieką osoby, wobec których leczenie przyczynowe jest już bezradne. To dlatego pomysł, by tę działalność finansować z dobrowolnych datków i wspierać pracę wolontariuszy, ma głębokie uzasadnienie, nie tylko ekonomiczne. – Hospicjum to nie jest jakieś przedsiębiorstwo, ale ludzie, którzy chcą nieść pomoc osobom odchodzącym – podkreśla J. Stokłosa.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama