Nowy numer 42/2020 Archiwum

Nie mogę się doczekać

Śmierć. Słowo, które nie przechodzi przez usta współczesnemu światu i grzęźnie 
w gardle ikonom popkultury. A święci? Nie mogli się jej doczekać. Nie żartuję. 
Mówię śmiertelnie poważnie.


Śmierć? Każdemu polecam – opowiadał o. Joachim Badeni. 10 marca 2010 schorowany dominikanin arystokrata wyszeptał: „Dzisiaj wieczorem nastąpią zaślubiny z Jezusem. Wszystko przygotowane”. Po kilku godzinach zmarł.
W czasach śmiertelnej paniki, omijania szerokim łukiem opowieści o umieraniu, takie deklaracje mogą szokować. Świat nie rozumie zawołania Małej Tereski: „Ja nie umieram, ja wstępuję w życie!” i skupia się na grobowych newsach w stylu: „W Kopenhadze 90 proc. prochów grzebanych jest anonimowo”. „W naszym mieście 90 procent zmarłych jest poddawanych kremacji – opowiada dyrektor techniczny krematorium w Sztokholmie. – Ponad 45 procent urn z prochami pozostaje nieodebranych przez rodziny. Zastanawiamy się, jak najlepiej ekonomicznie wykorzystać masowe kremacje: czy do ogrzewania własnego budynku, czy jako podłączenie do systemu ogrzewania miasta, co jest oczywiście lepszym rozwiązaniem”. Żadnej mistyki umierania.
Gdy przeglądałem żywoty świętych, zauważyłem, że historie Bożych wybrańców łączy wspólny mianownik: oni nie bali się umierać. Co więcej: tęsknili za tą chwilą.


Złodziejka chce umrzeć


„Będę kradła... Dużo rzeczy w niebie zniknie, bo je wam przyniosę... Będę małą złodziejką, będę brała wszystko, co mi się będzie podobało” – tak śmiałą deklarację mogła złożyć tylko jedna osoba…. św. Teresa z Lisieux. „Nie znajduję na świecie nic, co by mnie uszczęśliwiło; serce moje zbyt wielkie, i to, co zowią szczęściem na ziemi, nie może go zapełnić” – pisała słynna córka „świeżo upieczonych” świętych Kościoła: Zelii i Ludwika Martin. „Myśl moja wznosi się ku wieczności, czas się skończy! Serce moje pełne pokoju jak cicha powierzchnia jeziora lub jak jasne niebo; nie żałuję doczesnego życia: pragnę wód życia wiecznego...”. W innym miejscu notowała: „Niebawem dusza moja opuści tę ziemię, zakończy czas wygnania, dokończy walkę. Idę do nieba! Wracam do Ojczyzny, odnoszę zwycięstwo! Wstępuję do przybytku wybranych – podziwiać piękno, którego oko ludzkie nigdy nie widziało, słyszeć śpiewy, jakich ucho nigdy nie słyszało, cieszyć się szczęściem, którego serce nigdy nie zakosztowało. Jestem kwiatem wiosennym, a Pan ogrodu zrywa go dla swej przyjemności”. 
Już jako małe dziecko Te­resa dowiedziawszy się, że śmierć jest bramą do wieczności, zawołała: „Ma­musiu, chcę, byś umarła”. Najbliżsi byli zszokowani, a nawet oburzeni taką dziecięcą wersją życzeń „wszystkiego najlepszego!”, a jednak malutka Teresa Martin już wówczas przeczuwała coś niezwykle istotnego. Podobnie zresztą jak 300 lat wczesnej jej „wielka” imienniczka.


Ja tym umieram, że umrzeć nie mogę


„Zajmij się Mną, a Ja zajmę się tobą” – usłyszała kiedyś od Jezusa Teresa z Avila. I potraktowała te słowa poważnie. – Kwintesencja jej przesłania? „Człowieku, jesteś ukochany. Taki, jaki jesteś, bez żadnych wstępnych warunków” – słyszę zza krat gnieźnieńskiego Karmelu.
Gdy Teresa jako dziecko uświa­do­miła sobie, że spot­kanie z Jezusem nastąpi dopiero po śmierci, wpadła na szalony pomysł. Namówiła swego młodszego brata i znajomego: „Ucieknijmy do kraju Maurów, gdyż tam mamy szanse zostać męczen­ni­kami. Zgi­niemy i od razu spotkamy się z Bogiem”. Cichaczem wymknęli się z domu. Nie wiadomo, jak zakończyłaby się ta desperacka eskapada, gdyby z drogi nie za­wrócił ich wuj Teresy.
Po latach, już jako karmelitanka, napisała poruszający hymn o pełnym tęsknoty oczekiwaniu na śmierć: „Nie żyję w sobie, bo znam inną drogę/ Pełnego życia, więc wołam w tęsknocie: Ja tym umieram, że umrzeć nie mogę. (…) O jakże długie jest ziemskie wygnanie!/ Jakże tchną smutkiem te pustynne głusze! Jakże bolesne w tym życiu konanie/ I te kajdany, co skuwają duszę!/ Tylko nadzieją, że skończą się męki/ Ten ból wygnania opanować mogę./ Lecz chociaż ufam, płyną z duszy jęki: Ja tym umieram, że umrzeć nie mogę”.


Rybka wyrzucona z wody


Mówiła o sobie jestem „małym nic”. Śpiewała… unosząc się nad lipami. Żyła mimo poderżniętego gardła i przebitego na wylot serca. Widziała Ducha Świętego. Opisanie w kilku zdaniach absolutnie niezwykłego życiorysu Marii od Jezusa Ukrzyżowanego, zwanej Małą Arabką, jest niewykonalne i grozi skrótem myślowym w stylu szkolnego streszczenia „Władcy Pierścieni”: „Pewien hobbit musi wrzucić pierścień do pewnej dziury. Idzie w tym celu przez trzy kolejne tomy, aż w końcu mu się to udaje”. 
Życie palestyńskiej mniszki obfitowało w niezwykłe wydarzenia. Za murami spieczonego słońcem Karmelu w Betlejem mistyczka wołała: „Przyspiesz, przyspiesz, mój Boże, chwilę, w której pójdę do Ciebie. Nic mi się nie podoba na ziemi. Pospiesz, pospiesz, Panie! Na niczym mi teraz nie zależy. Ale jeśli będę żyć, to boję się, że się do czegoś przywiążę. Boję się samej siebie… O łaskawa śmierci, zwróć mnie szybko memu Umiłowanemu! Tak, jesteś łaskawa, uwalniasz z więzienia. Wyjść z ciemności i stanąć w świetle dnia. Ujrzę mojego Boga, Pan mi to obiecał”.
Innym razem karmelitanki usłyszały: „Jestem jak rybka wyrzucona z wody: otwiera i zamyka pyszczek, nie ma żadnej ulgi. A ja jestem jak ona: nie ma innej ulgi na ziemi, jak tylko wzdychać do ojczyzny. Cóż! Kiedy nadejdzie ten dzień? Bo tu, na ziemi, wszystko przemija jak błyskawica, jak kwiat polny (…) Panie, przyjdź, przyjdź na moje miejsce, a zobaczysz, czy to tak dobrze. Zamień się ze mną... Moje serce już nie może... I jak mam żyć?”.
Ze świętą bezczelnością wołała: „Podnoszę głowę do Pana, a kiedy zobaczyłam, że nie odmawia mi niczego, mówię Mu: Panie, uczyń mi łaskę, zabierz mnie szybko!”.
Zmarła w wieku 33 lat. 
26 sierpnia 1878 wyszeptała: „Mój Jezu, miło­sier­dzia!” i ucało­wała krzyż. Tego ranka ludzie ujrzeli imponującą tęczę rozpiętą od miejsca, gdzie wschodziło słońce, aż do murów Karmelu.


« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama