Nowy numer 43/2020 Archiwum

Ślub o północy

Dopadła ich wielka, pełna ognia miłość. „Mam jeden cel, pragnę kochać Boga z całego serca” – pewnego dnia Ludwik zwierzył się żonie. A ona pisała: „Chciałabym być świętą, tylko nie wiem, z której strony się do tego zabrać”. Doczekali się.


Do podwójnej kraty podbiega młodziutka karmelitanka. Niemal frunie. W rozmównicy czeka ojciec. Uśmiecha się promiennie. Ludwik Martin trzyma pod pachą jakieś zawiniątko. Rybę.
Ma w klasztorze już trzy córki, ale gdy przychodzi do najmłodszej, dostaje niemal skrzydeł, a serce zaczyna mu mocniej bić. Święta spotyka w rozmównicy świętego. Tak będziemy mogli powiedzieć. Już za tydzień.
 Ludwik Martin spogląda w płonące oczy córki. Igra w nich wesoły ognik. Ojciec może dokładnie przyjrzeć się jej rysom, bo należy do najbliższej rodziny. Innych od mniszek oddziela nie tylko solidna krata, ale i gruba zasłona. Nie są sami. Rozmowie dyskretnie towarzyszy osoba „trzecia” – ukryta z boku mniszka.
Ludwik nieustannie przynosi na furtę jakieś prezenty. „To dla Tereski z prawdziwą przyjemnością. Rzuca przynętę i wyciąga szczupaka w Saint-Martin-de-la-Lieue; w Saint-Ouen-le-Pin łowi pstrągi w dwóch stawach; a w Touques przypływ przynosi mu flądry” – pisze Geneviève Devergnies OCD. – Tereska zapamiętała zwłaszcza karpia o długości 59 cm. „Gdybyś wiedział, jaką twój karp, twój potwór, sprawił nam przyjemność!” – pisała święta z Lisieux. 


Teresa patrzy w oczy ojca. Widzi głębiej, niż można byłoby się spodziewać. W rysach taty z dnia na dzień odczytuje coraz częściej rysy samego Jezusa. To nie metafora. To zapis porażającej wizji, której doświadczy, gdy będzie wertowała brewiarz. Znajdzie w nim obrazek Jezusa, a po jej plecach przejdą dreszcze. Rozpozna rysy… ojca. W jego oczach rozpozna wzrok poniżonego Mesjasza. Czy można się dziwić, że nazwie Ludwika Martin „Dziedzicem i Władcą Senioratów Cierpienia i Upokorzenia”?
Nie uprzedzajmy faktów. To dopiero przed nimi. Na razie tata uśmiecha się promiennie. Mają dla siebie tylko kilka chwil. Wystarczy, by powiedzieć najważniejsze. Ludwik trzyma w dłoni rybę. Czy Teresa domyśla się, jak straszną drogę krzyżową przejdzie ojciec? Czy widzi proroczo, jak błąka się po omacku po ulicach miasta, narażając się na nieustanne drwiny? To alzheimer? Choroba psychiczna? Nie wiadomo… Tereska spogląda w oczy ojca i napotyka wzrok Oblubieńca.


Tańczą panowie,
tańczą panie
na moście w Alençon


Miał 35 lat. Jego mama, która pracowała w zakładzie koronczarskim w Alençon, powiedziała: „Ludwiku, słuchaj. Pracuje ze mną wspaniała dziewczyna, Zelia (właściwie Marie-Azélie) Guérin. Chciałabym, abyś ją poznał”.
Spotkali się na moście w Alen-
çon. Gdy się mijali, Zelia poczuła duchowe przynaglenie, usłyszała wyraźny głos: „To ten. Dla ciebie go wybrałem”. Wybuchła ogromna miłość. Narzeczeństwo było błyskawiczne, trwało zaledwie 
3 miesiące. 
Łączyły ich wspólna pasja, duchowe poszukiwania, podobna droga. Zelia chciała pierwotnie wstąpić do zgromadzenia sióstr Miłosierdzia św. Wincentego à Paulo, ale nie została przyjęta ze względu na nawracające bóle głowy i problemy z oddychaniem. Ludwik również chciał zostać zakonnikiem, lecz z powodu braku znajomości łaciny zrezygnował. Teraz, po latach „zawieszenia”, odkryli swe powołanie. Bóg dał im siebie nawzajem. Do końca swych dni nie potrafili o tym zapomnieć. Nie byli dewotami. Modlitwa w ich domu była czymś naturalnym jak oddech. Jak zauważył kard. Martins w Lisieux: „Zanim spojrzeli sobie w oczy, długo wpatrywali się w twarz Chrystusa”. To nie tylko metafora... Po ślubie trwali przez 9 miesięcy w białym małżeństwie, żyjąc jak brat z siostrą. Odczytywali krok po kroku swe powołanie, uczyli się siebie. Ludwik z natury był obieżyświatem, niespokojnym duchem. Pochodził z rodziny wojskowej, jego ojciec był napoleońskim żołnierzem, często przenosił się z miejsca na miejsce. To mu zostało do końca. Uwielbiał podróżować. I łowić ryby. Często zabierał nad rzekę Małą (dosłownie!) Tereskę. 


Ślub o północy


– Pobrali się 13 lipca 1858 roku. O 22.00 mieli ślub cywilny w merostwie, a dwie godziny później zawarli sakrament małżeństwa. W samym środku nocy – ks. Teodor Suchoń, proboszcz chwałowickiej parafii św. Teresy od Dzieciątka Jezus, o Małej Teresce, jej siostrach i rodzicach może opowiadać godzinami. Wygląda na to, że on również należy do rodziny Martin. – Ślub w środku nocy to niezwykle czytelny symbol. Przypuszczam, że Zelia i Ludwik podjęli tę decyzję, bo niezwykle pragnęli komunii z Bogiem, a doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że dwa najważniejsze wydarzenia w dziejach świata: narodzenie Syna Bożego i Jego zmartwychwstanie dokonały się w nocy. U podstaw ich związku leżała głęboka świadomość komunii z Jezusem. Codzienna Eucharystia, nocne czuwania, adoracje, pomoc najuboższym. Oni doskonale wiedzieli, czym jest chrześcijaństwo.
Mieli dziewięcioro dzieci. Czworo zmarło w pierwszych latach życia. Po śmierci jednej z córek Zelia pisała: „Jestem w rozpaczy. Chciałabym również umrzeć!”.
Pięć córek wstąpiło do klasztoru. Pierwsza za klauzurę trafiła Paulina (w klasztorze przyjęła imię Agnieszka), potem najstarsza córka państwa Martin – Maria, następnie Leonia (próbowała trzykrotnie, aż w końcu została mniszką), Tereska, a na końcu, po śmierci ojca, Cecylia. Najwcześniej zmarła Teresa. Miała 24 lata i kilka miesięcy. 
Co ciekawe, Zelia nigdy nie rozmawiała z córeczkami o życiu zakonnym. Sama nie doczekała chwili, gdy córki jedna po drugiej wybierały życie za klauzurą. Zmarła, zanim podjęły tę decyzję.
Pisała wprost: „Kiedy przyszły na świat dzieci, nasze ideały trochę uległy zmianie, żyliśmy jedynie dla nich, one były całym naszym szczęściem. Szukaliśmy tego szczęścia tylko w nich. Wreszcie nic już dla mnie nie było trudne, świat nie był już dla mnie ciężarem. Pragnęłam mieć dużo dzieci, by je wychować dla nieba”.
Chorowała przez cztery lata na raka piersi. Nie karmiła już Tereski – świętą z Lisieux wykarmiła „mamka”. Do końca wierzyła w cud, nawet wycieńczona chorobą, wbrew protestom lekarzy, ruszyła do groty w Lourdes. – Nie było w niej jednak cienia histerii – opowiada ks. Suchoń. – Pisała, że nawet jeśli nie będzie cudu, nic złego się nie stanie. Była absolutnie pogodzona z wolą Bożą. Wiedziała, że tylko w niej odnajdzie szczęście. 
Gdy umierała, Tereska miała 
4 lata i 5 miesięcy. Wszyscy mieszkali jeszcze wówczas w Alençon. Po śmierci Zelii przenieśli się do Lisieux, do wujka Izydora, aptekarza.


« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także