GN 43/2020 Archiwum

Ognia!

O uwielbieniu przez łzy 
i ogniu, którego nikt nie jest w stanie zgasić, z Grzegorzem Głuchem rozmawia Marcin Jakimowicz
.

Marcin Jakimowicz: Zdarzało Ci się uwielbiać przez łzy? Albo przez zaciśnięte zęby?


Grzegorz Głuch: Bardzo często. Myślę nawet, że to doświadczenie częstsze niż uwielbienie w euforii, w poczuciu pokoju i spokoju. 


Dlaczego, jak typowy Polak, nie pomarudzisz sobie: „Tak mi źle, tak mi źle, tak mi szaro?”. Kiedy usłyszałeś o tym, by błogosławić w „dennych sytuacjach”?


Ja tego nie usłyszałem. Ja to przeżyłem na własnej skórze. W czasie mojego nawrócenia. Drugiego, poważniejszego, gdy doświadczyłem obecności Boga, która dosłownie mnie przeszyła. Byłem w potwornym kryzysie, a moja słabość przesłaniała absolutnie wszystko. I wówczas zacząłem uwielbiać. Doświadczałem rozerwania. Tak, to dobre słowo: rozerwania, rozdarcia. Czułem ogień, który zaczynał palić, trawić…


Najpierw pokrzyczałeś, rzucając w stronę nieba warczącymi wyrazami, a potem, gdy Ci ulżyło, zacząłeś uwielbiać?


Nie. Niestety złe słowa szybują najczęściej w stronę ludzi, najbliższych. W Jego stronę najczęściej leci: „Nie rozumiem”. „Nie wiem, dlaczego tak jest, ale chcę kurczowo trzymać się błogosławieństwa. Nie chcę wchodzić w przeklinanie”. 


Po czasie Bóg wyjaśnia Ci, „dlaczego tak jest”?


Tak. Muszę zostawić Mu czas. Jestem pewien, że samo uwielbienie nie jest czynnością ludzką, nie „należy” do Kościoła. Mam poczucie, że w nim jest sam Bóg. I że błogosławiąc, wchodzimy na Jego teren. Boimy się uwielbienia. Staramy się tę rzeczywistość ponazywać, uporządkować, wytłumaczyć historycznie. Wszystko w porządku: sam jestem historykiem i wiem, że to ważny trop. Tyle że niewystarczający. Uwielbienie to jest ogień. Nie do opanowania, bo… nie my go rozpalamy. „Ogień” – tak będzie się nazywała nasza nagrywana właśnie płyta. Przejęliśmy się pełnym tęsknoty wołaniem Jezusa, który zapowiadał, że przyszedł rzucić ogień i bardzo pragnie, by on wreszcie zapłonął.


À propos ognia… Przecież to w piecu powstał jeden z najpiękniejszych hymnów uwielbienia, jaki zawiera Biblia! Trzej młodzieńcy wychwalali Boga w najbardziej absurdalnym momencie, jaki możemy sobie wyobrazić. Zakuci w dyby Paweł i Sylas o północy w więzieniu… śpiewali hymny. 


Uwielbienie to decyzja. Dlaczego boimy się wejść w tę przestrzeń? Bo jest ona pełnym, całkowitym zjednoczeniem z Bogiem. Uwielbienie oczyszcza. Na przykład naszą naturalną religijność rozumianą w sensie negatywnym…


Jako składanie danin, bicie pokłonów, kupowanie miłości, której nie da się kupić?


Tak! Przecież my – widzę to u samego siebie – nie uznajemy, że jesteśmy kochani za darmo, zbawieni za darmo. Jezus na krzyżu pokazał, że jest prawo nad prawem. To przykazanie miłości. A my wciąż chcemy płacić. Zachowujemy się jak frankowicze, którzy za wszelką cenę chcą zminimalizować raty, przewalutować je, spłacić. A raty są już spłacone. Krwią Syna Bożego. Całe życie będę się zmagał z tym, by w to uwierzyć…


« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..
TAGI:

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także