Od miesięcy wśród europejskch polityków trwa wyścig o to, kto najskuteczniej wkupi się w łaski prezydenta USA. Przez długi czas na prowadzeniu był Viktor Orbán, w którym Trump widział zawsze wiernego sojusznika w potyczce z „globalną lewicą”. Tuż za premierem Węgier podążała Giorgia Meloni, szefowa włoskiego rządu, do której amerykański przywódca, wydawało się, miał szczególną słabość. Wdzięczyli się do niego również prezydent Finlandii Alexander Stubb, który oczarował kolegę z Białego Domu wyjątkowym talentem do gry w golfa, czy Mark Rutte, sekretarz generalny NATO, który w swoich komplementach przebił chyba wszystkich. To on wszak nazwał niegdyś Trumpa „Tatusiem”, które to sformułowanie ciągnie się za nim do dziś (paradoksalnie za Ruttem właśnie, nie za adresatem). Do rywalizacji włączył się też Friedrich Merz, który spotkał się z prezydentem USA trzykrotnie. W ostatnim czasie wydawało się, że to właśnie kanclerz Niemiec wysuwa się na prowadzenie jako najbardziej zaufany interlokutor Trumpa. Zwłaszcza wtedy, gdy Viktor Orbán przegrał wybory na Węgrzech, a Giorgia Meloni zaczęła krytykować amerykańskiego lidera, m.in. stając w obronie papieża Leona XIV czy podważając sens operacji przeciwko reżimowi ajatollahów.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








