Nowy numer 33/2018 Archiwum

Opowieść o prawdziwych Mazurach przejdź do galerii

Mazury to nie tylko lasy i jeziora. To także rodowici mieszkańcy tej ziemi – Mazurzy. Element najmniej widoczny i topniejący w oczach.

Lesiny Wielkie (dawniej Groß Leschienen) przed wojną były wsią graniczną. Okazały budynek Grenzschutzu (niemieckiej straży granicznej) stał zaraz za gospodarstwem Lorenzów. Dzisiaj z posterunku została tylko kupa kamieni, ale gospodarstwo pozostało. Prowadzą je bracia Alfons i Klemens, którzy mieszkają tu razem z matką Agnieszką Lorenz. Matka ma 88 lat i z trudem porusza się za pomocą chodzika. – Jak mam wspominać? – pyta. – Bo mogę, jak chcecie: po polsku, po mazursku albo po niemiecku.

Tajemnica ukryta w sianie

Z opowieści wyłania się jej rodzinna wieś, położona niedaleko Lesin Latana Mała. Agnieszka idzie do położonej za wzgórzem szkoły. W klasie wisi portret Hitlera. Nauka prowadzona jest oczywiście po niemiecku. Agnieszka pochodzi z rodziny katolickiej, najbardziej lubi lekcje religii. Jej ulubiony nauczyciel to katecheta Alfons Klemper. To imię nada później najstarszemu synowi. Wojna z Polską w 1939 r. nie dotyka mieszkańców Lesin. Dopiero później do wojska odchodzą wszyscy chłopcy z okolicy. Czasem przyjeżdżają na urlop w mundurach. Wyjeżdżają na front, niosąc kartonowe, owinięte sznurkiem paczki z wałówką. W ich miejsce pojawiają się parobkowie z Polski, najczęściej Kurpiaki z pobliskich wsi.

Kiedy zaczynają się uciekanki, Agnieszka ma 18 lat. Niedobry wiek na tamte czasy. We wspomnieniach pojawia się dziura. A później wyłania się panna Agnieszka Zulich przed ołtarzem na ślubnym kobiercu. Obok niej stoi szczęśliwy Reinhold Lorenz. Agnieszka jest mniej szczęśliwa. – On się rodzicom moim podobał, nie tańczył, nie pił, pobożny był bardzo. Rodzą się dzieci: Monika, Alfons, Klemens. Brat męża przysyła z Niemiec papiery na wyjazd razem z opłaconym biletem.

– Ojciec nikomu o tym nie powiedział – wtrąca się do rozmowy Klemens. – Schował te papiery głęboko w sianie. Znalazłem je dopiero po jego śmierci. Tajemnicę swojej decyzji zabrał do grobu. Chciał tu zostać i został na zawsze.

Mazur nie ma czasu na nudę

Ekhard i Anna Gonsowscy, jak ogromna większość Mazurów, są ewangelikami. Mieszkają w Lesinach, w odziedziczonym po rodzicach Ekharda gospodarstwie, z dala od wsi. Przed wojną granica przebiegała niecałe pół kilometra od ich zabudowań. – Matka opowiadała, że często krowy przechodziły na polską stronę – wspomina Ekhard Gonsowski. – Polscy pogranicznicy bardzo się złościli, bo później musieli znowu grabiami wyrównywać pas ziemi niczyjej między państwami.

Przed wojną rodzice Ekharda, Otto i Irmgard Gonsowscy, prowadzili 80-hektarowe gospodarstwo. W czasie wojny Otto, który był murarzem, przebywał we Francji. Gospodarstwem zajmowała się Irmgard. Jeszcze przed wojną Gonsowscy mieli wielu znajomych wśród Kurpiów. Wiosną 1945 r. wrócili na swoje. Nie tylko oni. Zaraz po wojnie mieszkało w Lesinach 48 rodzin mazurskich. Otto Gonsowski wspominał: – Pozostałym tu Mazurom osadnicy grozili na różne sposoby. Podkradali się w nocy pod okna i wykrzykiwali, rzucali kamieniami w okna, tłukli szyby. Nie wszyscy to wytrzymywali. Wiele rodzin wyjechało do Niemiec. Gonsowscy zostali, dochowali się czwórki dzieci (dwoje w 1982 r. wyjechało do Niemiec) i przekazali gospodarstwo najmłodszemu synowi.

Urodzony w 1966 r. Ekhard Gonsowski ożenił się też z Mazurką, Anną. Mają dwoje dzieci: córkę Angelikę i syna Martina. Imię syna to pamiątka po przodku Martinie Krechcie, urodzonym w 1862 roku. Martin był górnikiem w Westfalii. Pod koniec XIX w. za zaoszczędzone pieniądze kupił w Lesinach ziemię, na której teraz gospodarzą w kolejnym pokoleniu Ekhard i Anna.

Młodzi Gonsowscy postawili na hodowlę. Co roku w gospodarstwie przychodzą na świat cielęta, które po odchowaniu sprzedają. Maj i czerwiec to pora wycieleń. – Dzisiaj urodziły się dwa – pokazuje Anna. Ten drugi był źle ułożony, musiałam pomagać, bo inaczej by się zadusił. Jest późne popołudnie, pora na przypędzenie krów do obory. Annie pomagają dzieci. Praca idzie sprawnie. W oborze Martin uprząta stanowiska, Angela zajmuje się dojeniem, mama zmaga się z niesfornymi cielętami, doprowadzając je na karmienie do matek. Ekhard w tym czasie na pobliskim pastwisku grabi siano. Sąsiad na drugim ciągniku z zagrabionego siana robi zgrabne bele. Zanim Anna z dziećmi uporają się z krowami, bele zostają zwiezione na podwórko. Anna przesiada się do drugiego ciągnika, do którego doczepiona jest maszyna do foliowania. Ekhard za pomocą podnośnika nakłada na tę maszynę bele siana, dzieci zaczepiają folię, po czym bela zostaje owinięta folią. W ciągu półtorej godziny 14 beli siana zostaje opakowanych i starannie ułożonych. – Jutro będzie więcej, bo z większego kawałka łąki – mówi Ekhard.

Powoli zaczyna zapadać zmierzch. Anna przygotowuje kolację, Martin poszedł do siebie do pokoju budować samochód z klocków lego, Angela przygotowuje się do wyjazdu z parafialnym chórem Cantabo. Jadą do Wisły, a później na występ do Czech. Wyruszają ze Szczytna o 4 rano. – Tak jest co dzień, gospodarstwo nie zna pojęcia „dzień wolny” – mówi Ekhard.

« 1 2 »
Opowieść o prawdziwych Mazurach

GN 28/2015 DODANE 09.07.2015

Opowieść o prawdziwych Mazurach

oceń artykuł
  • Areks
    21.07.2015 10:25
    A jak rodzina głosowała w plebiscycie, to nie napisano... Co to za "parobkowie z Polski" na miejsce "chłopców z okolicy", którzy "przyjeżdżają na urlop w mundurach" (wiadomo jakich). I dlaczego dzieciom w Polsce po 45 roku nadaje się niemieckie imiona? Jakoś nie widzę w tym wszystkim patriotyzmu lokalnego. Jednak to, że zostali na swoim gospodarstwie i przeżyli okres "wyzwalania" przez Armię Czerwoną, można chyba nazwać cudem...
  • Robert
    25.07.2015 10:53
    Znam rodzinę Lorenz, ponieważ wychowywałem się w Lesinach. Moja rodzina też wiele złego zaznała ze strony "wyzwolicielskiej" Armii Czerwonej, jednakże mój dziadek nauczył mnie, aby nie postrzegać całego narodu poprzez pryzmat zachowań zdegenerowanych pojedynczych jednostek społecznych. Gospodarstwo Lorenzów łatwo zauważyć - znajduje się na rogatkach wsi w kierunku dawnej granicy z Polską. I co najważniejsze - szczególną uwagę zwraca zawsze porządek zastany w całym obejściu.
    doceń 4

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji