Nowy numer 30/2021 Archiwum

Jak Dawid!

O radykalnym uwielbieniu, które zmienia atmosferę, i o Bogu, który walczy za nas, gdy wychodzimy ze strefy komfortu, opowiada Maria Vadia w rozmowie z Weroniką Pomierną


Weronika Pomierna: Trzy i pół roku po tym, jak doświadczyłaś miłości Boga, Twoje małżeństwo rozpadło się. Zostałaś sama z czworgiem dzieci. Wielu było takich, którzy patrzyli na ciebie z politowaniem i mówili „Biedna Maria!”?


Maria Vadia: Niektórzy dodawali, że pewnie już nic dobrego mnie nie spotka. Pan Bóg wziął jednak w swoje ręce to, co było ruiną, i odbudował moje życie.


A Ty, zamiast narzekać, postawiłaś na uwielbienie. Dla wielu ludzi to szaleństwo. 


Starałam się robić to, co mówi Biblia. W Pierwszym Liście do Tesaloniczan jest napisane, że mamy dziękować Bogu w każdych okolicznościach. W każdych! Gdy zaczęłam to robić, zrozumiałam, że Bóg zasiada na tronie mojego życia, niezależnie od tego, z czym muszę się zmierzyć. Skoro należę do Niego, to On się mną zaopiekuje.


Doświadczyłaś, że nie jest to tylko 
slogan?


Wielokrotnie! Gdy zbliżały się pierwsze święta Bożego Narodzenia po tym, jak rozpadło się moje małżeństwo, martwiłam się, że nie mam pieniędzy na prezenty. Mój mąż był bardzo zamożnym człowiekiem. Dzieci przyzwyczaiły się do morza prezentów pod choinką. Ufałam Panu i dziękowałam Mu za Jego wierność. Kilka dni przed Wigilią zadzwoniła do mnie znajoma. Nie wiedziała, co wydarzyło się w naszej rodzinie. Koniecznie chciała mnie odwiedzić. Gdy weszła, wręczyła mi 700 dolarów, mówiąc: „Pan powiedział mi, żebym dała Ci te pieniądze na prezenty dla dzieci”. Zrozumiałam wtedy, że On się o wszystko zatroszczy. Niezależnie od tego, przez co przechodzimy, Bóg musi zająć należne miejsce w naszym życiu. Jeśli myślimy tylko o naszych problemach, to one stają się naszym bożkiem. Trzeba zapytać siebie: kto jest moim Panem?


Przez wiele lat byłaś daleka od tego, żeby stawiać takie pytanie.


To prawda. Chodziłam w niedziele na Mszę, ale nie znałam Boga. Nie był częścią mojego życia. Nie pytałam Go, jakie decyzje mam podejmować, i za nic Mu nie dziękowałam. 


Miałaś życie, o którym wielu marzy. Wielki dom, ekskluzywne samochody i jachty.


Niemal wszystko, co można kupić za pieniądze. Zwiedzałam świat, wydawałam sporo pieniędzy na drogie ubrania. Ubóstwiałam moje dzieci. Myślę, że były moim bożkiem. Chciałam być najlepszą mamą pod słońcem. Prowadziłam bardzo intensywne życie towarzyskie, chodziłam na bale charytatywne, ale ciągle czegoś mi brakowało.


Dlatego wybrałaś się na spotkanie z papieżem w Miami?


Gdy Jan Paweł II przyjechał do Stanów w 1987 r., poszłam na spotkanie z nim wyłącznie po to, żeby zobaczyć człowieka, który miał w sobie coś, co mi się podobało. Nawet przez myśl nie przemknęło mi, żeby się pomodlić. W tym dniu była straszna burza. Spotkanie z papieżem odwołano, ale wydarzyło się coś innego. Gdy wracałam do domu, poczułam miłość Boga. Nie znałam jeszcze Jezusa, ale Duch Święty przyciągał mnie do Niego. 


Potem trafiłaś na spotkanie katolickiej wspólnoty charyzmatycznej. Kogo tam spotkałaś?


Radosnych katolików. Do tej pory znałam tylko smutnych i przygniecionych życiem. Ludzie, których tam poznałam, modlili się prosto z serca. Mówili Bogu, że Go kochają, że jest ich Panem. Podobało mi się to. 


« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama