Nowy numer 27/2020 Archiwum

Miałem wielkie plany, a tu nagle...

Cały czas nurtowało mnie pytanie, dlaczego tak się stało. Może jednak się pomyliłeś Boże?

Każdy miał w swoim życiu taki okres, okres szkoły średniej, gdy zastanawiał się, co chce robić w życiu. Ja w dość szybkim czasie stwierdziłem, że chcę iść do szkoły wojskowej. Moje powołanie – kariera oficerska. To był mój cel. Oczywiście Moje zainteresowania skierowały się w stronę militariów i wiedziałem o tym niemalże wszystko. Od chwili, gdy podjąłem decyzję o pójściu do akademii wojskowej, nie liczyło się nic innego i co gorsza, nie dopuszczałem do siebie myśli, że mogę się do niej nie dostać.

Cztery lata, dzień w dzień myślałem o wojsku. Budziłem się z przekonaniem, że ten dzień zbliża mnie do mojego marzenia. Oczywiście cały czas nieustanna modlitwa, z błaganiem o dostanie się do wymarzonej uczelni. Zaczął się zbliżać czas matur i decyzji o wyborze studiów. Ja już dokonałem swojego wyboru. Głosem rozsądku w tym „oficerskim szale” byli rodzice, którzy w kółko powtarzali, żebym złożył dokumenty też na inne kierunki, na wypadek gdyby mi się nie udało. Ale jak to? Mi się nie uda? Taka opcja nie istnieje. Musi mi się udać. Jednak złożyłem papiery na inne studia, na odczepnego.

W drodze na egzaminy, widziałem oczyma wyobraźni siebie w żołnierskim mundurze, siebie jako kogoś ważnego, od którego wiele zależy. Kogoś, kto jest podziwiany, z kogo są dumni zarówno rodzice, jak i on sam. Rodzice byliby ze mnie dumni w każdej sytuacji zawodowej, nawet gdybym sprzedawał bułki. Ale chciałem, żeby to był inny rodzaj dumy.

Przyszedł ten dzień! Rozmowa przed komisją uczelni. Z mojej strony – argumenty płynące prosto z serca, pełna szczerość i może trochę za dużo ideologii. Gdybym mógł, to stanąłbym na rzęsach i wyszedł z siebie, żeby pokazać im, jak bardzo mi zależy. Ze strony komisji... W skrócie, padła odpowiedź – nie.

W tej samej chwili dosłownie szczęka mi opadła. Snute plany przez tyle czasu legły w gruzach.

Domyślam się, że większość z Was zna ten stan, gdy upadają ambitne plany i marzenia, w które wierzycie bezgranicznie i chociażby nie wiem co się działo, chcecie się dla nich poświęcić. Pewnie uznacie że przesadzam, ale dla mnie to był koniec. Nie wiedziałem, co robić ze swoim życiem. Inne studia? Papiery złożone, ale kompletny brak pomysłu, co po nich. Od rodziców wyszedł pomysł studiowania fizjoterapii.

Pierwsze pytanie – „a co to jest?”. W szkole średniej biologia nie była moją mocną stroną. Przyznam szczerze, że było mi wszystko jedno.

Zaczęło się... Wokół mnie ludzie, po klasach biol-chem, niektórzy z zaczętymi innymi studiami medycznymi oraz najwięksi farciarze – ludzie z powołaniem.

Dwa i pół roku studiowania z myślą „co ja tu robię?”. Najgorsze było dla mnie pogodzenie się ze świadomością, że to będzie mój zawód do końca życia. I co? Nigdy nie założę munduru? Nigdy nie spotka mnie przygoda? Nigdy nie poczuję tego przyjemnego skoku adrenaliny? Nigdy nie będę z siebie dumny? Nigdy nie będę kimś istotnym?

Te pytania zadawałem Bogu ciągle. Już pewnie miał ich dość i jestem pewien, że na każde z nich odpowiadał „tak”. Nie miałem do Niego jakiejś pretensji, że tak się stało... A może miałem...

Cały czas nurtowało mnie pytanie, dlaczego tak się stało. Może jednak się pomyliłeś Boże? Daj to komuś innemu, skoro ja się w tym nie czuję dobrze. Dla Ciebie to nie kłopot, a mi ulży... I szczęśliwszy będę. Weź coś zrób, Panie Boże.

W pewnym momencie natrafiłem w internecie na fragment książki „Wilki dwa”. Fragment

dotyczył rzeczy niemożliwych: „Usiądź dziś ze wszystkimi sprawami, które nazywasz niemożliwymi, zrób sobie ich listę i pomódl się o nie. Poproś Boga, żeby pokazał Ci, że jest Panem rzeczy niemożliwych”.

Tak? No to dobra. Panie Boże! Spraw, żebym albo (jakimś cudem) jednak pojawił się w wojsku, albo weź naucz mnie powołania do zawodu, w którym się kształcę (w sumie to też byłby cud). Działaj Ty i weź coś ze mną zrób, bo nie mam już siły codziennie zmagać się z tym, co będę musiał robić i z tym co chciałbym robić.

Było kilka takich wezwań. W końcu gdy chciałem ponownie zawołać, pomyślałem że Bóg wie, o co go proszę.

Każdego dnia coraz bardziej miałem dość studiowania, pacjentów i zaczynałem się bać, że do

emerytury będę rozmyślał, a co by było gdyby.

Teraz wytłumaczę to, o czym pisałem na samym początku. Wydaje mi się, że z wszelkich

internetowych akcji i filmów, które mają zbliżyć człowieka do Boga, trzeba korzystać. Zaczęło się od akcji „Rób to, co kochasz”. Słuchałem wypowiedzi ludzi, którzy zamieszczali swoje wypowiedzi, à propos tej akcji i... zazdrościłem, że oni mogą robić to, co kochają, a ja nie.

Położyłem się wtedy spać z myślą – „Rób to, co kochasz... Jasne... Niestety, nie mogę robić tego, co kocham. Chciałbym być gdzie indziej i robić coś innego, ale tak nie jest. Niby jak mam robić to co kocham, będąc tu, gdzie jestem. No bo co ja kocham robić?”.

I tu mnie olśniło. Mam kilka hobby, z których bez jednego nie potrafię żyć, a reszta sprawia mi sporo frajdy. I kolejna myśl – gdybym był w wojsku, nie miałbym czasu na to wszystko. Tyle.

To był przełom. Nie było piorunów, chórów anielskich i objawień. Pojawiła się za to wielka radość. I w sumie... Odpowiedź na moje pytanie do Boga.

Dlaczego? Bo gdybym był tam, gdzie chciałem, nie mógłbym robić tego, co kocham.

Tu z pomocą i uświadomieniem przyszedł film „Bóg nie umarł”. W jednej ze scen pastor mówi do głównego bohatera filmu: „Jesteś tu, gdzie Bóg chce, abyś był”. Tak i ja. Jestem tu i robię to, co Bóg chce, abym robił. Myślałem, że mam genialny plan na siebie, a Bóg pokazał mi, że jest zupełnie inaczej. Nie tylko jeśli rozchodzi się o hobby. Mam wrażenie, że gdybym został panem ważnym oficerem, straciłbym empatię i umiejętność dostrzegania drugiego człowieka, który potrzebuje pomocy, bo uważałbym się za zbyt wyniosłego. Mogę się zapewniać godzinami, że tak by nie było, ale wiem, że Bóg wie lepiej, jaki bym był.

Pojawił się kolejny film „Niebo istnieje naprawdę”. I kolejny cytat, który pomógł mi i nadal

pomaga: „Czy zrobił ze mnie bohatera? Nie. Chciałem nim być, ale Bóg miał inny plan. Zmiażdżył moją dumę. Otworzył moje serce...”.

Chciałem być bohaterem. Chciałem być podziwiany przez innych, dumny sam z siebie oraz przynoszący niepomierną dumę rodzicom i rodzinie. A Bóg zmiażdżył moją dumę.

Otworzył nie tylko moje serce, ale i moje oczy, dzięki czemu dostrzegam innych ludzi. Chciałem być bohaterem... I jestem. Dla ludzi, z którymi pracuję, jestem bohaterem, bo im pomagam. Pomagam im wracać do sprawności, aby i oni mogli robić to, co kochają. Nie mam pięknego munduru, dziesiątek błyszczących medali i wysokiego stopnia wojskowego. Nie pojawiam się na defiladach i nie budzę podziwu wśród tłumów. Wdzięczność ludzi i ich zaufanie do mnie jest stokroć lepsze niż defilady i mundury.

Dwa i pół roku trwało, zanim doszedłem do tego, o czym napisałem. Długo? Dla mnie długo. O dwa i pół roku za długo. Żal mi tego zmarnowanego czasu, bo teraz dopiero wyobrażam sobie, jaki ten czas mógł być wspaniały. Teraz każdego dnia cieszę się, że jestem tu, gdzie jestem i robię to co robię. Sprawia mi ogromną radość pomaganie, nie tylko pacjentom, ale i innym, którzy tego potrzebują. Uścisnąć dłoń takiego człowieka, zamienić z nim kilka słów i usłyszeć jego „dziękuję” – bezcenne doświadczenie. Gorąco polecam to Wam wszystkim. Rozejrzyjcie się dookoła. Oni są wszędzie. Nie stają w centralnym punkcie Waszej miejscowości i nie wrzeszczą, że oni są biedni, pokrzywdzeni i potrzebują pomocy. Oni stoją na uboczu i czekają na Was! Otwórzcie swoje oczy i swoje serca na innych!

Czy zdarza mi się „zatęsknić” za wojskiem? Tak. Spojrzę jeszcze czasem zazdrosnym spojrzeniem na żołnierzy i przemknie mi przez myśl, że chciałbym być taki jak oni. Jednak, Chwała Panu za to, dzieje się tak coraz rzadziej. Głównie sprowadza mnie na ziemię myślenie o tym, że nie mógłbym realizować tego, co lubię robić. Ale nie tylko. Dostrzegam to, że będąc w wojsku nie doświadczyłbym wielu rzeczy.

Uczestniczyłem w Ekstremalnej Drodze Krzyżowej, byłem na koncertach zespołów, które lubię, zacząłem słuchać kazań ojca Adama Szustaka oraz wiele, wiele innych rzeczy, których nie sposób wymienić.

Najbliższy okres w moim życiu też zapowiada się bardzo fajnie i gdybym był uczniem szkoły wojskowej, czyli zamknięty w koszarach, nie mógłbym doświadczyć tego wszystkiego. Nic specjalnego? Może i tak, ale dla mnie takie drobnostki składają się w jedną wielką całość, za którą jestem ogromnie wdzięczny Panu. Co jeszcze Bóg dla mnie szykuje? Nie mam bladego pojęcia, ale wiem, że będzie niezła jazda (w pozytywnym tego słowa znaczeniu).

Mam nadzieję, że nie zanudziłem Was swoim świadectwem. Jeśli przeczytanie go komuś w czymś pomoże, będzie mi bardzo miło. Wiem, że nie jest ono doskonale opisane i nie ma w nim spektakularnych wydarzeń, jednak taka jest moja historia.

Polecam kilka fragmentów Pisma Świętego, które rozumiem i potrafię przyjąć dopiero teraz: Iz 55, 9; Ps 37, 5; J 13, 7; Joz 1,9 oraz cytat „Bóg nam czasem psuje nasze plany, aby nas zbawić, czyli by uczynić nas prawdziwie szczęśliwymi”.

Trzymajcie się blisko Boga, bez względu na to, co dzieje się w Waszym życiu.

Chwała Panu!

Piotrek

« 1 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama