GN 42/2020 Archiwum

Komu krew geja? Są chętni?

To dopiero szczyt egoizmu: zagrażać społeczeństwu w imię swoich rzekomych praw. Normalnie sprawa by była załatwiona od ręki. Ale co teraz jest normalnie?

Niezły filantrop musi być z tego Geoffreya Legera (przeczytaj tekst Homoseksualiści jednak nie będą oddawali krwi?). Facet angażuje się w zachowania skutkujące zakażeniem HIV 200 razy częściej (!) niż w naturze, a jednak koniecznie musi oddawać swoją krew ludzkości. No musi. Po trupach. Dosłownie.

To stara sprawa, bo jeszcze z 2009 roku, gdy tenże „gej” był uprzejmy zaskarżyć francuskie prawo w Luksemburgu, że go „dyskryminuje”. Bo co to za wykluczanie grup społecznych?

Ano właśnie – tak skutkuje idea zaślepionej „tolerancji”, która za równouprawnione uważa już niemal każde ludzkie zachowania. A jeśli są to zachowania „homo”, to są bardziej równouprawnione niż jakiekolwiek inne.

No i klops, bo jednak społeczeństwo, choćby najbardziej wytresowane do okazywania najgłębszej czci homoideologii, nieszczególnie lubi chorować na AIDS. A że przetoczenie pacjentowi krwi faceta, utrzymującego stosunki seksualne z facetami, potężnie zwiększa ryzyko zakażenia go wirusem HIV, to trudno się spodziewać, że społeczeństwo przyklaśnie takiej „tolerancji”. Co zrobić, co zrobić?

Groteskowo wyglądają zalecenia Trybunału UE, żeby sprawdzić, czy może te dane o gejowskim 200-krotnym przebiciu ryzyka „są wiarygodne i aktualne”. Bardzo byście chcieli, żeby nie były aktualne. Ale nawet jeśli zbijecie do 150, a niechby i do 100, to myślicie, że ludzie rzucą się na „gejowską krew”? Jasne, „tolerancja” wymaga, żeby takiej krwi, gdyby ją jednak pobierano, nie wyróżniać (boby jej nikt nie chciał), ale czy to nie wyglądałoby na próbę świadomego zakażenia społeczeństwa? A gdyby tak jeszcze taką krew przetoczyli samemu prezydentowi Francji? Toż to by homoideologia sama pozbyła się własnego największego orędownika!

Ten klincz, w jakim znaleźli się teraz Francuzi, pokazuje tylko jedno: zachowania homoseksualne nigdy nie były normą i nigdy nie będą. Jest to sytuacja patologiczna i nie zmieni tego żadna deklaracja Światowej Organizacji Zdrowia ani nawet decyzja Sądu Najwyższego USA. Pojawienie się i rozprzestrzenianie AIDS było prostą reakcją natury, która nie pozwala się oszukiwać. Podobnie zresztą, jak odpowiedzią natury na niemoralność „zwykłą” są choroby weneryczne. Dlatego promocja takich zachowań, przyznawanie coraz większych praw ich amatorom, włącznie z oddawaniem im dzieci, prędzej czy później musi wywołać katastrofę. Potem trzeba sobie radzić z katastrofą. Ale prościej jej nie wywoływać.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Franciszek Kucharczak

Dziennikarz działu „Kościół”

Teolog i historyk Kościoła, absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, wieloletni redaktor i grafik „Małego Gościa Niedzielnego” (autor m.in. rubryki „Franek fałszerz” i „Mędrzec dyżurny”), obecnie współpracownik tego miesięcznika. Autor „Tabliczki sumienia” – cotygodniowego felietonu publikowanego w „Gościu Niedzielnym”. Autor książki „Tabliczka sumienia”, współautor książki „Bóg lubi tych, którzy walczą ” i książki-wywiadu z Markiem Jurkiem „Dysydent w państwie POPiS”. Zainteresowania: sztuki plastyczne, turystyka (zwłaszcza rowerowa). Motto: „Jestem tendencyjny – popieram Jezusa”.
Jego obszar specjalizacji to kwestie moralne i teologiczne, komentowanie w optyce chrześcijańskiej spraw wzbudzających kontrowersje, zwłaszcza na obszarze państwo-Kościół, wychowanie dzieci i młodzieży, etyka seksualna. Autor nazywa to teologią stosowaną.

Kontakt:
franciszek.kucharczak@gosc.pl
Więcej artykułów Franciszka Kucharczaka

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także