Nowy numer 48/2020 Archiwum

To nie ja, to papież


Czytelnik „Gościa” ks. Kazimierz Osiński, przysłał do redakcji list, w którym znalazł się fragment wystąpienia kard. Karola Wojtyły. 


Nie mogę odmówić sobie zacytowania tego fragmentu. Jest wstrząsający. W sierpniu 1976 r. na zakończenie wizyty w USA powiedział m.in.: „Stoimy dziś w obliczu największej konfrontacji, jaką kiedykolwiek przeżyła ludzkość. Nie przypuszczam, aby szerokie kręgi społeczeństwa amerykańskiego, ani najszersze kręgi wspólnot chrześcijańskich zdawały sobie z tego w pełni sprawę. Stoimy w obliczu ostatecznej konfrontacji między Kościołem a antykościołem, Ewangelią i jej zaprzeczeniem. Ta konfrontacja została wpisana w plany Boskiej Opatrzności; jest to czas próby, w który musi wejść Kościół, a polski w szczególności. Jest to próba nie tylko naszego narodu i Kościoła. Jest to w pewnym sensie test na dwutysiącletnią kulturę i cywilizację chrześcijańską ze wszystkimi jej konsekwencjami: ludzką godnością, prawami osoby, prawami społeczeństw i narodów”.



Sam nie miałbym odwagi publicznie wypowiedzieć podobnych słów. Ale skoro tak rzeczywistość widział Jan Paweł II, to nie można obok jego słów przejść obojętnie. Tym bardziej że czas przyznał mu rację. Każdy dzień przynosi przykłady brutalnej konfrontacji z chrześcijaństwem. Niektóre sytuacje są wręcz symboliczne. Myślę tu chociażby o chrześcijanach wyrzuconych z łodzi do morza przez muzułmanów tylko za to, że ci pierwsi modlili się do Jezusa. Z kolei winą Asii Bibi, Pakistanki oczekującej na wykonanie kary śmierci, było to, że włożyła kubek do wiadra z wodą, z którego wcześniej piły muzułmanki. O szczegółach skazania opowiada mąż Asii w bodaj pierwszym wywiadzie udzielonym polskim mediom (ss. 28–31). 



Do pewnego stopnia zdaję sobie sprawę z niestosowności przytoczonego cytatu. Przyszedł maj, drzewa się zielenią, kwiaty kwitną. Generalnie jest dobrze, a ma być jeszcze lepiej, a ja przywołuję „największą konfrontację, jaką kiedykolwiek przeżyła ludzkość”. Powtórzę na swoją obronę: to nie ja, to św. Jan Paweł II. Zresztą nie on jeden widział więcej. Kiedy kilka lat temu czytałem powieść francuskiego pisarza Jeana Raspaila „Obóz świętych”, do głowy mi nie przyszło, że przedstawiona w niej wizja może się spełnić. Raspail pisał: „Na morze wpłynęła nieprawdopodobna flota z innego świata, i osiadła na oddalonej pięćdziesiąt metrów od brzegu mieliźnie (…). Jeśli wierzyć przerażającym liczbom podawanym od rana w kolejnych wiadomościach radiowych, to tłoczyli się tam ciasno warstwami, jedni na drugich, w ładowniach i na pokładach, obsiadłszy wszystkie pomosty, żywi depczący po zmarłych (…)”. Dodam tylko, że książka została napisana 40 lat temu (więcej na ss. 54–55). 

Nadzieję widzę w męczennikach.

Tyle chrześcijańskiej krwi wylewanej każdego dnia nie może pójść na marne.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się