Nowy numer 43/2020 Archiwum

Żyć w Prawdzie

O oczekiwaniach wobec synodu, Mszy łacińskiej i pewnym benedyktyńskim klasztorze, który stał się domem, z dr. Pawłem Milcarkiem, historykiem i filozofem, rozmawia Joanna Bątkiewicz-Brożek

Joanna Bątkiewicz-Brożek: Pół tysiąca brytyjskich księży apeluje o jasne stanowisko synodu w sprawie nierozerwalności małżeństwa. Niemieccy biskupi straszą odłączeniem się od Kościoła, jeśli nie dopuści do Komunii rozwiedzionych żyjących w powtórnych związkach. Nie jest Pan zaniepokojony tą sytuacją?

Paweł Milcarek: Jeśli ludzie, którzy mają poglądy fundamentalnie sprzeczne z nauczaniem Kościoła, zapowiadają, że nie tylko sami chcą się gdzieś przemieścić, ale planują przemieścić i nas, to brzmi to niepokojąco. Tym bardziej że są wśród tych ludzi kardynałowie, czyli osoby odpowiedzialne za wybór papieża. Ten niepokojący głos wychodzi od Kościoła niemieckiego, który ma duże wpływy. Co więcej, jesteśmy przekonywani, że papież – który pokazał się nam z wielu dobrych stron, ale wciąż znamy go dość słabo – jest zwolennikiem „opcji niemieckiej”.
 

Franciszek nie wypowiedział się jeszcze w kwestii Komunii dla rozwiedzionych.

Właśnie! Niedobrze, że obecny spór bywa przedstawiany jako zderzenie dwóch skrajnych stanowisk, a papież ma znaleźć jakąś „drogę pośrednią”. Nauka katolicka o małżeństwie i sakramentach jest nam znana i przypominają ją kardynałowie Müller i Burke, a nie Kasper czy Marx, którzy chcą tę naukę zmienić w praktyce. W Kościele nie jest tak, że prawda powstaje wskutek kompromisu ogłaszanego przez papieża. Rację w obecnym sporze znamy, zanim zapadnie werdykt. Jesteśmy jej pewni z Objawienia.
 

W 1968 r. sprzeciw w sprawie zakazu antykoncepcji wnosili też biskupi niemieccy.

Wszyscy byli przekonani, że pod naporem argumentów, jakie wówczas przedstawiano, papież uzna pigułkę antykoncepcyjną. Osobowość bł. Pawła VI sugerowała, że wszystko pójdzie w kierunku zmiany. A papież, który dawał pewne znaki, że tak będzie, nagle rozstrzygnął kwestię w przeciwnym kierunku. Jednak ten długi czas niepewności – podobnie jest dziś – zaowocował tym, że wielu ludzi uznało, że zmiana już nastąpiła, zanim papież podjął decyzję. Dlatego episkopaty niemiecki i austriacki oficjalnie odrzuciły encyklikę „Humanae vitae”. I od dziesięcioleci żyjemy w sytuacji, którą kard. Marx zdefiniował tak: Kościół niemiecki ma swoją drogę.

A co w takiej sytuacji z autorytetem papieskim? 

Jan Paweł II i Benedykt XVI podkreślali, że autorytet papieski jest na służbie Objawienia. Papież nie jest objawicielem, a strażnikiem. To nie wielki mag, który nagle coś może zmienić. Kard. Ra- tzinger opowiadał, kiedy jeszcze był prefektem Kongregacji Nauki Wiary, jak do Rzymu przychodziły petycje od teologów progresistów, co można jeszcze wprowadzić: antykoncepcję, kapłaństwo kobiet. Rzym odpowiadał: nie możemy. Teologowie na to: przecież papież może to zrobić jedną decyzją. W kongregacji się śmiali: wy wierzycie we wszechmoc papieża, a on sam w nią nie wierzy. Traktujecie go, jakby był Bogiem. Choć nawet nie, bo Bóg nie zmienia prawdy, którą ustanowił. Każdy papież to autorytet, który przecina spór wtedy, kiedy jego strony odchodzą od Prawdy. To samo dotyczy papieża Franciszka.
 

Pamiętam, jak Franciszek uciszył raz tłum: „Nie wołajcie »Francesco«, a »Jezus Chrystus«!”. To chyba dobra ilustracja naszego pojęcia o papiestwie.

To było piękne i ważne. Franciszek od początku powtarza, że w centrum Kościoła jest Jezus Chrystus, a nie papież. I oczekiwania w stylu: „papież coś załatwi, zmieni” świadczą o sekularystycznym myśleniu o Kościele. Jest napisane: „Na początku tak nie było, ale to przez zatwardziałość waszego serca Mojżesz pozwolił wam na listy rozwodowe”. Są więc ludzie, którzy i dziś „przez zatwardziałość serca” napierają na Mojżesza naszych czasów. Kościół czuje presję, z matczyną uwagą obawia się o tych „protestantów”, chce ich zatrzymać, żeby nie odeszli. Prof. Gogacz, który należał do grona przyjaciół Jana Pawła II, mówił, że bywało, iż papież posługiwał się tym argumentem: „Nie mogę tak, czy tak zrobić, bo stracę np. cały Kościół niemiecki”.
 

Ale zezwalając na Komunię św. dla rozwodników, papież zaprzeczyłby Objawieniu.

Teraz sytuacja jest trudna, bo z jednej strony nie można wobec ludzi, którzy byli przez lata wychowywani w błędnym wyobrażeniu o Kościele i moralności, postawić sprawy na ostrzu noża. A z drugiej nie można hodować w nich nieprawdy.
 

Wyobraża sobie Pan, że ci, którzy po rozwodzie żyją w innym związku, zostaną dopuszczeni do Komunii?

Nie, to byłaby sytuacja kłamstwa. Kiedy czyta się propozycje kard. Kaspera, to większość z nas zgodzi się z ich ogólną intencją: musi być duszpasterstwo, które wyprowadzi rozwiedzionych z błędnych uliczek. Nikt w Kościele nie mówi: zostawmy ich Szatanowi. Kardynał Kasper podkreśla: dogmatu nie zmienimy, tylko duszpasterstwo. I postuluje: dopuśćmy do Komunii. Czyli jednak: zmieńmy dogmat. Jeśli w jednej sprawie mówimy tak i nie, to mamy do czynienia z dwiema różnymi religiami. I w jednej z nich zmierza się do traktowania Eucharystii jako czegoś, co „się należy”.
 

Rodzi się pytanie, czy Komunia to lekarstwo, czy nagroda?

Lekarstwo. Jednak nie ma sensu przyjmowanie lekarstwa, gdy hoduje się w sobie chorobę. Nikt z odpowiedzialnych ludzi w Kościele nie może wziąć na siebie ciężaru Ciała i Krwi Chrystusa spożywanych niegodnie. Stracimy przez to szansę na nawrócenie także każdego z nas.

« 1 2 3 4 5 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama