Nowy numer 27/2020 Archiwum

Mądre serce kobiety

O masakrze piłą mechaniczną, dzieciorobach i zmarszczkach, które dodają uroku, z Małgorzatą Terlikowską rozmawia Szymon Babuchowski

Szymon Babuchowski: Najnowsza książka, którą napisała Pani wraz z mężem, nosi tytuł „Masakra piłą mechaniczną w domu Terlikowskich”. Czy to znaczy, że życie z piątką dzieci to horror?

Małgorzata Terlikowska: Bynajmniej. Tytuł jest prowokacyjny, bo sami często słyszymy: „O matko, pięcioro dzieci, toż to masakra!” albo dosadniej: „Wy to macie przerąbane”. Obcy ludzie regularnie pytają mnie, jak sobie radzę z taką gromadką. Życie z dużą liczbą dzieci jest bardzo intensywne, wesołe i ciekawe. Oczywiście bywa też trudne, bo jak dzieci chorują, to chorują wszystkie naraz. Jak chcą się przytulić albo mają jakiś problem – to też wszystkie naraz. Ale nie jest to rzecz nie do opanowania. Ludzie boją się mieć więcej dzieci, ponieważ boją się przytłoczenia obowiązkami, boją się, że stracą swoją niezależność. A okazuje się, że dużo dzieci to – paradoksalnie – trochę więcej czasu dla siebie. One bawią się razem, a ja mogę z mężem usiąść przy stole i w spokoju wypić kawę.

Pewnie nieraz słyszeli Państwo, że „wy, katole, nie umiecie się zabezpieczać”.

A tak, oczywiście! Chociaż w indywidualnych rozmowach, na ulicy, ludzie zazwyczaj odnoszą się do nas z sympatią. Natomiast zupełnie inne reakcje są np. w internecie. Tam każde wspomnienie o wielodzietności wywołuje ogromną frustrację. I wtedy, anonimowo, ludzie wyzywają nas od „dzieciorobów”, którzy tylko wyciągają rękę do państwa i ciągle im mało. Bywają też zabawne reakcje. Raz obca kobieta wrzuciła mi do wózka stuzłotowy banknot, na słodycze dla dzieci. Innym razem pewna dziennikarka pouczała mojego męża: „Może pan nie wie, ale można mieć seks i nie mieć dzieci. Są takie specjalne środki”. (śmiech) Tomasz na to: „My o tym wiemy, ale nie chcemy się przed dziećmi zabezpieczać, nie boimy się ich”.

A czego świat boi się w dziecku?

Odpowiedzialności za tego małego człowieka. Mary Eberstadt w książce „Adam and Eve after the pill” (Adam i Ewa po pigułce – przyp. Sz.B.) pokazuje, jak pigułka i aborcja oduczyły mężczyzn odpowiedzialności. Bo wszelkie konsekwencje można „usunąć”. Nic dziwnego, że zaczęli z tych mężczyzn wyrastać Piotrusiowie Panowie. Żyjemy w kulturze bardzo indywidualistycznej. Liczy się to, co jest moje: potrzeby, aspiracje, to, co ja w życiu osiągnę. Natomiast dziecko na pewien czas nam to zabiera. Bo musimy się skoncentrować na drugiej osobie, która jest maleńka, bezbronna, całkowicie od nas zależna. Kiedy rodzi się dziecko, potrzebuje matki non stop. I nagle kobiety zaczynają się niesamowicie frustrować: jak to? Zostałam zakładnikiem własnego dziecka? Nie mogę wyjść do kina? A może mam jakiś wadliwy egzemplarz, bo przecież w podręczniku napisano, że dziecko przesypia 18 godzin, a ono ciągle „wisi mi przy piersi”? Nie, ono po prostu tego potrzebuje. Jeśli nie przestawimy w głowie tego myślenia, będziemy się frustrować.

Nie traktujemy już dziecka jako daru?

Dziś przy pierwszym dziecku nam gratulują, przy drugim – jeszcze się cieszą, przy trzecim pytają, czy to wpadka, a przy czwartym nie wiedzą już: gratulować czy współczuć? Regularnie słyszymy: nie mam dziecka, bo mnie na to nie stać. Oczywiście jest spora grupa ludzi, którzy faktycznie ledwo wiążą koniec z końcem, boją się stracić pracę. Ale mam wrażenie, że częściej to „nie stać” mówią osoby, dla których jest to kwestia nie portfela, a serca. Bo nie widzimy w dzieciach daru, tylko projekt. Mamy listę rzeczy, które powinniśmy w życiu osiągnąć, i tak odhaczamy: mieszkanie, samochód, świetna praca, studia, pięć języków. Na koniec gdzieś wypada wcisnąć dziecko, któremu od żłobka ładujemy dodatkowe zajęcia, żeby lepiej sobie radziło w życiu. Tymczasem człowiek przestymulowany wcale sobie lepiej nie poradzi.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama