Nowy numer 44/2020 Archiwum

Wolność od wyboru

Czy kolejne wybory w Polsce będą przypominać pod względem jakości demokracji ten nowy standard, jaki udało się wypracować PKW?

Przełom starego i nowego roku to czas podsumowań i wróżb. Co będzie? W naszym kraju mają być ważne (miejmy nadzieję) wybory – prezydenckie, a potem parlamentarne. W minionym roku pogodziliśmy się z sytuacją, w której w wyborach do sejmików 2 mln 200 tys. głosów uznano za nieważne. Pytanie o to, czy to sytuacja normalna, zostało przez Prezydenta RP uznane za wezwanie do podpalenia Polski. Czy jest jakaś granica „normalności” w tej wyborczej dziedzinie, jakaś demokratyczna norma? W maju 2013 roku polska Państwowa Komisja Wyborcza, na czele ze swym przewodniczącym, udała się na swoiste szkolenie, jakie w dziedzinie organizowania elekcji przygotowała rosyjska Centralna Komisja Wyborcza, z jej przewodniczącym Władimirem Czurowem na czele.

Ponieważ było to wkrótce po stwierdzonym przez wszystkich niezależnych obserwatorów sfałszowaniu wyborów parlamentarnych i prezydenckich w Rosji – pod nadzorem tegoż właśnie Czurowa – dziennikarze RMF pytali wówczas, czy kolejne wybory w Polsce będą przypominać pod względem jakości demokracji te z Rosji Putina. Po doświadczeniu wyborów samorządowych z ostatniego listopada możemy zapytać inaczej: czy kolejne wybory w Polsce pod względem jakości demokracji przyjmą ten nowy standard, jaki udało się wypracować naszej PKW? Może pora zaprosić teraz przewodniczącego Czurowa na przeszkolenie do Warszawy? Nie wiem, czy „moskiewski czarodziej” przyjedzie nauczyć się czegoś od swych warszawskich kolegów. Wiem, że większości obywateli polskich sytuacja, w której unieważniono ponad 2 mln oddanych przez nich głosów, po prostu nie obchodzi. Przecież i tak ma wygrać wybory prezydenckie Bronisław Komorowski – to już wiemy i słyszymy ze wszystkich najmocniejszych mediów, które gotowe są zakrzyczeć każdy głos odrębny. Te same nadajniki zapowiadają nie mniej stanowczo: „W wyborach parlamentarnych opozycja nie ma prawa wygrać, a nawet gdyby wygrała, to nie wolno jej pozwolić na sformowanie rządu”.

Raz zdobytej władzy nie oddamy nigdy! Jeśli myślicie inaczej – wasz głos będzie nieważny, tak czy inaczej. Tak orzeka koalicja rządząca: TVN–TVP–PO–PSL. Orzeka, nie wróży. Orzeka o tym, co jest w przyszłości, w nowym roku dopuszczalne, a co nie. To znacznie upraszcza przewidywanie. Właściwie możemy już zająć się, gdy idzie o wybory, rokiem 2020, kiedy skończy się druga kadencja prezydenta Komorowskiego. Tu przyszłość jest jeszcze otwarta. Czy nasz dobry prezydent zdecyduje się spełnić życzenie mieszkańców „tego kraju” i sprawować swój urząd dalej (po drobnej zmianie konstytucji), czy też ustąpi powracającemu z Brukseli Donaldowi Tuskowi na kolejne dwie kadencje? A może koalicja rządząca uzgodni z ustępującym prezydentem innego, nieznanego nam jeszcze kandydata? Może wreszcie – kandydatkę (np. Ewę Kopacz)? Tak, o tym wolno nam swobodnie spekulować. To jest sfera dopuszczalnych wariantów przyszłości i sporów o ich polityczną słuszność i prawdopodobieństwo. Ale kto by tam sobie takimi odległymi sprawami głowę zajmował?

Czekające nas w 2015 roku wydają się tak nieciekawe, tak nieprzyjemne nawet: przecież role „dobrych” i „złych” są już dawno rozdane, ciągle takie same, żadne programy (np. odbudowy polskiej gospodarki, walki z bezrobociem, z demograficzną zapaścią, zatrzymania fatalnej dla przyszłości „tego kraju” emigracji) nie są potrzebne. Jesteśmy stale zachęcani do tego, żeby nie zajmować się polityką – bo to groźne, to na krawędzi zbrodni podpalania. Podpalać to sobie możemy indywidualnie. Zamiast wybierać – możemy odjechać: na budowę, na zmywak – do Europy. Albo chociaż wirtualnie, do krainy szczęścia, jakie możemy znaleźć w komputerowej grze albo w telenoweli, jaką fundują codziennie „Wiadomości” TVP czy „Fakty” TVN (tu szczęście polega na tym, że obserwujemy nieszczęścia innych: indywidualną biedę, choroby, przypadki moralnego zdziczenia). Istotę tego systemu: odwracania uwagi jego poddanych od rzeczywistości, doskonale opisał twórca pierwszej europejskiej powieści: „Robi się to po to, żeby zająć nasze znudzone umysły; i w ten sposób pozwala się w dobrze zarządzanych republikach, żeby były szachy, gra w piłkę i w kule, żeby zająć tych, którzy nie mają pracy ani nie powinni jej mieć, ani nie mogą pracować”. Tak to zapisał Miguel de Cervantes Saavedra w swej opowieści o przygodach przemyślnego szlachcica z Manczy.

Trafnie wskazał na związek między brakiem pracy i fantastyczną rozrywką, która ma pozwolić o tym braku zapomnieć. Sądzę, że można przedstawić drugi wariant tej aktualnej diagnozy, zastępując w przytoczonym cytacie słowo „praca” słowem „wybór”. Chodzi o zastąpienie wyboru, wolnego głosu – wolnością od wyboru, od polityki, od spraw publicznych. Zaprzyjaźnione z rządem telewizje i portale, najważniejszy człon koalicji sprawującej w Polsce władzę, swoją rozrywką i zredukowaniem polityki do jej podrzędnego podgatunku mają wykształcić, a może już tylko umocnić w nas odruch rezygnacji z prawa obywatelskiego głosu. Możemy dysponować jeszcze głosem konsumenta, ale nie obywatela. To zbyt przewidywalne… Tak właśnie działa utopia wiecznego status quo, najpodlejsza z utopii. Trzyma się ona nie na prozelickim entuzjazmie wiernych, ale na konformizmie tchórzy i wyrachowaniu cyników, orientujących się na koniunkturę. Żeby się przeciwstawić tej utopii, potrzebna jest odwaga. Odwaga nadziei. Że może być inaczej, że nic nie jest przesądzone przez mędrków z telewizji, przez pewnych siebie beneficjentów tej utopii. Ta utopia runie, na pewno. Pytanie, czy starczy nam odwagi, by runęła już w tym roku, dzięki naszym demokratycznym wyborom?•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama