GN 43/2020 Archiwum

Naczelny szopkarz kraju

Minęły bezpowrotnie czasy, gdy Tusk był kaczorem, Suchocka lamą, a Kaczyńscy chomikami, które za bardzo rozrabiały.

Marcin Wolski „szopkarzem” został już w szkole średniej. Bohaterami stworzonych przez niego satyrycznych kupletów byli wówczas nauczyciele. – Dostałem zgodę od dyrektora na wystawienie szopki pod jednym warunkiem: że on się w niej nie pojawi – śmieje się Wolski. Lekka forma sceniczna, w której występują wielcy tego świata w historycznych kostiumach lub pod postaciami lalek, wydawała mu się „od zawsze” niesłychanie pojemna i pociągająca. Ktoś powie – bo stara jak telewizja. I popełni błąd, bo znakomite szopki polityczne powstawały także w przedwojennych kabaretach – Picadorze i Cyruliku Warszawskim, a wystawiano je nawet w Belwederze. Zresztą sama nazwa „szopka” wskazuje na jej bardzo starą genezę, sięgającą do ludowych jasełek, gdzie, oprócz Świętej Rodziny, zawsze pojawiali się jacyś całkiem współcześni królowie. Na miarę miejsca i czasu.

Agenci i łysina premiera

Szopka sceniczna to bardzo polska tradycja, a badacze wskazują na szczególny jej rozkwit mniej więcej od XIX w. Wtedy też świeckie szopki „oderwały się” od religijnych jasełek i zaczęły nabierać charakteru satyrycznego podsumowania roku. Po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. coraz więcej miejsca zaczęła zajmować w nich bieżąca polityka. Marcin Wolski, najbardziej płodny szopkarz ostatniego półwiecza, swój profesjonalny debiut w tej roli zaliczył na początku lat 70. w studenckim kabarecie Stodoła, gdzie wspólnie z Maciejem Wojtyszką przygotował i wystawił dwie szopki.

– Kilka tekstów było całkiem niezłych, a jeden nawet profetyczny, napisany po ujawnieniu Andrzeja Czechowicza jako agenta bezpieki w Wolnej Europie. Żartowałem, że tam przecież wszyscy są „nasi”. Potem okazało się, że faktycznie Czechowicz nie był jedyny. I nawet nazwiska tajnych współpracowników, nieświadomie rzecz jasna, trafiłem – wspomina autor kupletów. Telewizyjne szopki za komuny były mało śmieszne, bo zamiast kąsać władzę, wyłącznie jej kadziły, a dowcipy z rządzących sprowadzały się co najwyżej do żartów z łysiny premiera Cyrankiewicza (ale już nie Gomułki). Mimo to cieszyły się sporą popularnością, bo już sam widok kukiełek komunistycznych dygnitarzy sprawiał widzom sporą frajdę. Ostatni sylwester z szopką w TVP pojawił się w 1969 r. Gospodarzami wieczoru byli Alina Janowska i Wieńczysław Gliński. Szopki powróciły na trzy lata dopiero po zawieszeniu stanu wojennego, w ramach „normalizacji”, ale były raczej żałosną formą propagandy, więc w 1986 r. znów z nich zrezygnowano.

Z estrady do nekrologów

Prawdziwą satyrę personalną, która jest istotą szopek, można było w Polsce swobodnie uprawiać dopiero po 1990 r. Oczywiście wcześniej ten gatunek też istniał, ale jedynie w drugim obiegu, o stosunkowo niewielkim zasięgu. Jego niedoścignionym mistrzem był w latach 60. i 70. XX w. Janusz Szpotański. Natomiast wszelkie produkcje kabaretowe wystawiane publicznie podlegały ścisłej kontroli cenzury. Ale i w niej można było znaleźć szczeliny, trzeba było tylko wiedzieć, gdzie i jak ich szukać. Marcin Wolski wymyślił na to prosty fortel. – Po pierwsze udało mi się spotkać uczciwego cenzora. Po drugie skrzętnie korzystałem z przepisu, że pieczątka z jednej delegatury urzędu kontroli ważna jest na cały kraj. Akceptacja cenzora z Łodzi była zarazem biletem, dzięki któremu mogłem objeżdżać z programem całą Polskę. Gdy sprawa się wydała, cenzora przeniesiono z estrady do działu nekrologów, a szefowa tamtejszej cenzury zaraz potem umarła na serce, mam nadzieję, że nie z naszego powodu – wspomina współtwórca kabaretu „60 minut na godzinę”. Pierwsza szopka III RP pojawiła się w radiu. Była dziełem zbiorowym ekipy „Sześćdziesiątki” (ze znaczącym udziałem autorskim Andrzeja Zaorskiego i Jerzego Kryszaka), potem kolejne – już w telewizji – robił tandem Marcin Wolski–Marek Majewski. Najbardziej życzliwym tego typu żartom prezesem TVP był nieżyjący już Marian Terlecki. Choć urzędował tylko rok, za jego kadencji pojawiły się aż trzy szopki. – I był to jedyny prezes, który namawiał mnie, by mocniej przykładać politykom – dodaje Wolski. To za kadencji Terleckiego szopka zmieniła się z dorocznej w cotygodniową – pod szyldem „Polskie Zoo”. To były takie czasy, że od pomysłu do realizacji droga była krótka. Bez konkursów ofert, narad, przetargów. Pomysł „Zoo” narodził się przed wakacjami, w ich trakcie powstały lalki, teksty, muzyka, a jesienią wystartowała najsłynniejsza polska szopka. – We wtorek weszliśmy do studia, w sobotę po południu szefostwo telewizji oglądało gotowy program, z którym zresztą za wiele nie dało się zrobić, bo na wieczór wyznaczona była emisja – mówi Wolski.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama