Nowy numer 43/2020 Archiwum

Światło za ścianą

Licytacja wzajemnych win zawsze prowadzi do ściany. Bez wyjścia.

Prezydent Ukrainy powtórzył historyczne słowa z listu polskich biskupów do niemieckich: wybaczamy i prosimy o wybaczenie.

Zawsze przy takich okazjach powraca pytanie: czy przebaczenie między dwojgiem ludzi, dokonujące się poza kamerami, w ciszy wspólnego płaczu, da się przełożyć na publiczne deklaracje, ogłaszane „z urzędu”, w imieniu wszystkich pokrzywdzonych i krzywdzących?

I tak, i nie.

Zacznijmy od „nie”. Nie, ponieważ intencje mogą być różne. Bywa, że za „oficjalnym” aktem przeprosin i prośby o wybaczenie stoi swoisty szantaż emocjonalny, który ma tylko jeden cel: zabezpieczenie interesów tych, którzy mogliby ponieść jakąś odpowiedzialność – polityczną lub karną. Przykładów takiego szastania „miłosierdziem” w różnych częściach świata jest niemało. Bywa jednak i tak, że o takie szastanie można być niesłusznie oskarżonym. Taki los spotkał m.in. polskich biskupów w latach 60. XX wieku, przeciwko którym komunistyczne władze rozpętały prawdziwą histerię. Miał to być rzekomo akt nielojalności wobec państwa i próba relatywizowania historii i odpowiedzialności Niemców za zbrodnie II wojny światowej.

Podejrzewam, że o podobne intencje może zostać – niesłusznie – oskarżony prezydent Ukrainy. I to zarówno przez różne środowiska w Polsce, jak i na Ukrainie. Każda ze stron będzie miała na pewno słuszne argumenty historyczne, dane, listy ofiar i krzywd.

I tu dochodzimy do argumentów na „tak”, potwierdzających, że w takich publicznych, politycznych deklaracjach jest jakaś mądrość zaczerpnięta z tych cichych, opłakanych przeprosin między dwiema osobami.

Ten argument jest prosty: licytacja win i wzajemnych krzywd nie ma końca. Tak w relacjach między dwiema osobami, jak i w relacjach między narodami. Można bez końca siedzieć i wyliczać, kto kogo bardziej skrzywdził, zranił, oszukał, kto komu więcej obywateli zabił… I można nie dojść do porozumienia, tylko pozostać pod ścianą wzajemnych pretensji i nienawiści. Jest tylko jedno wyjście: przebaczam i proszę o wybaczenie. To nie oznacza spalenia akt, zakazu badań i sporów historyków. To coś więcej: to próba spojrzenia dalej, poza ścianę.

„And there is a light, don’t let it go out” (A tam jest światło, nie pozwól mu zgasnąć) – słuchałem w aucie nowego krążka U2, gdy Poroszenko wygłaszał przemówienie w parlamencie. Czasem trzeba mieć odwagę – także polityczną – by powiedzieć, że jest jednak światło poza ścianą bez wyjścia.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także