Nowy numer 42/2020 Archiwum

Pierwsi naukowcy

Zauważyłem to dopiero niedawno. Przygotowując się do rekolekcji, czytałem Ewangelię św. Mateusza, a konkretnie ten fragment, który dotyczy Mędrców ze Wschodu. I przypomniały mi się słowa mojego profesora, fizyka: „Najpierw wczytaj się w teorię, potem zrób eksperyment, a na końcu z otwartym umysłem staraj się wyciągać wnioski”.

Profesor, o którym mówię, był niewierzący. To człowiek, który jako pierwszy wyprodukował atom antymaterii. Wielka rzecz, wielki człowiek. Ale jako student zapamiętałem szczególnie mocno jego dbałość o warsztat naukowca. Nauka działa według określonych reguł. Badania robi się na podstawie pewnych przesłanek, a wnioski wyciąga w ściśle sformalizowany sposób. Tutaj nie ma dowolności. Zanim przystąpi się do eksperymentu, obserwacji, trzeba możliwie jak najpełniej zorientować się w teorii. Teoria najczęściej wyprzedza eksperyment. Ale sama teoria, podobnie jak sam eksperyment, jest niewiele warta. W końcu nie robimy doświadczeń po to, by się bawić, tylko po to, by rozumieć świat (co zresztą jest zabawne i pasjonujące).
Dlaczego sama teoria nie wystarczy? Można by powiedzieć, że papier jest cierpliwy i wszystko zniesie. Nawet trzymając się twardych danych naukowych, teoretyk jest w stanie stworzyć teorię, która nie będzie miała nic wspólnego z rzeczywistością. To sytuacja całkowicie normalna. Naukowiec, który eksperymentuje, musi znać teorię, ale dopiero prawidłowo przeprowadzony eksperyment rozstrzyga, która teoria jest prawidłowa, a która ląduje w koszu. Tylko co to wszystko ma wspólnego z Mędrcami ze Wschodu? W Ewangelii znajduję niemal pełny opis tego, jak powinno się uprawiać badania naukowe. Gdzie? W Ewangelii?

Wiedza
O królach, którzy przyszli do nowo narodzonego Jezusa, w Nowym Testamencie wspomina w zasadzie tylko św. Mateusz. Pisze niewiele. Z trzema królami jest trochę jak z Radiem Erewań. Nie wiadomo, czy rzeczywiście byli trzej, nie wiadomo, jak mieli na imię i nie wiadomo, czy byli królami. Ale cała reszta się zgadza. Podążali za gwiazdą, by dotrzeć do miejsca narodzin Jezusa.
Musieli nie tylko umieć czytać, ale też być oczytani. Musieli umieć nie tylko patrzeć w niebo, ale też być z widokiem gwiazd doskonale obeznani. Kto z nas dzisiaj zauważyłby na nocnym niebie pojawienie się nowego obiektu?


Byli elitą intelektualną. Może królami, może magami, może astrologami? Nie wiadomo, skąd dokładnie pochodzili, ale większość ekspertów wskazuje na Babilon. To była kolebka astrologii, nauki, która była matką astronomii. Konkretny zawód mędrców ma znaczenie drugorzędne. Byli ludźmi o otwartych umysłach. Czy bufon z zadartym nosem narażałby się na trudy podróży po to, by wejść do stajni? Czy narażałby się na kpiny swojego środowiska z tego, że przemierzył szmat drogi po to, by pokłonić się dziecku położonemu na sianie?
Ryzyko było spore. Mędrcy nie byli Żydami. Nie podzielali wiary Żydów. A jednak potrafili wyzbyć się uprzedzeń. Ta odwaga i otwarty umysł są cechami, którymi powinien charakteryzować się naukowiec, człowiek, który chce dotrzeć do prawdy, do źródła. Nie powinien zważać na trudy podróży, nie powinien przejmować się komentarzami środowiska. Powinien dążyć do celu.

Odwaga
„Na początku było Słowo” – pisze w Ewangelii św. Jan. Rzeczywiście, od słowa zaczyna się wszystko. Mędrcy ze Wschodu zobaczyli gwiazdę, ale gdyby wcześniej nie przeczytali o niej w proroctwach, pewnie potraktowaliby ją jako ciekawostkę. Zapisaliby na papirusie albo na glinianych tabliczkach to astronomiczne wydarzenie, może próbowaliby je korelować z innymi. Ale tym razem było inaczej. Najpierw było słowo. Gdy pojawiła się gwiazda, nie można już było mówić o zbiegu okoliczności. Podobnie jest we wszystkich badaniach eksperymentalnych. Najpierw jest myśl, teoria, a potem eksperyment czy obserwacja. Na początku jest słowo, a dopiero później, w konsekwencji słowa, jest działanie. W przypadku
Mędrców tym słowem były proroctwa. Potem była obserwacja. A na końcu – sprawdzenie wiarygodności. To ostatnie musi zrobić każdy naukowiec. Przeważająca większość pomyłek i błędów w świecie nauki bierze się właśnie z błędnej analizy danych. Ta bywa bardzo mozolna i autentycznie trudna praca. Niezmiernie rzadko zdarza się, że eksperyment daje jednoznaczne, oczywiste i na pierwszy rzut oka zrozumiałe wyniki.
W przypadku Mędrców ze Wschodu było podobnie. Ileż jest gwiazd na nocnym niebie? Czy ta jedna dodatkowa coś znaczy? Proroctwa wspominają co prawda o jakiejś gwieździe, ale czy na pewno o tej? Mędrcy zaryzykowali. Zobaczyli i rozpoznali znak. Podążyli za nim, tak jak naukowiec powinien w swoich badaniach odważnie dążyć do celu. Co tam znajdzie? Można górnolotnie powiedzieć, że prawdę. Albo bardziej przyziemnie, że rozwiązanie zagadki. Jednej z wielu zagadek, przed którymi każdy z nas staje. Ale odpowiedzi nie znajdzie się w pośpiechu. Biegnąc, bardzo trudno zauważyć znak. Taki jak np. „dodatkowa” gwiazda na rozgwieżdżonym niebie. Ile znaków w pośpiechu, w zagonieniu tracimy z oczu? Ilu znaków nie rozpoznajemy? Czy nie gonimy przypadkiem za czymś mało istotnym, a prawdziwe znaki ignorujemy?

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się