Nowy numer 29/2019 Archiwum

Na początek spotkanie


Żeby kogoś pokochać, to go trzeba poznać. 
Jego rzecznicy nie są dość atrakcyjni.

W poprzednim felietonie napisałem, że jeśli ktoś przechodzi na islam, to nie z chrześcijaństwa, lecz z postchrześcijaństwa. Odezwało się po tym tekście sporo osób, które poczuły się urażone końcówką – tym, że powołałem się na doświadczenie ewangelizacji, która jest właściwą odpowiedzią na laicyzację. Twierdzili, że to emocje, że efekciarstwo. Ktoś uznał, że to rozbłysk, że akcyjność, że wzajemna adoracja. 


Ciekawe, że takie sprzeciwy odzywają się zawsze, gdy mowa o ewangelizacji („nowej” czy nie – wszystko jedno). I to niekoniecznie w reakcji na jakieś twierdzenia, lecz nawet na świadectwo. Ze świadectwem się nie dyskutuje – skoro mówię, że coś mnie zbliżyło do Boga, to albo mi się wierzy, albo nie i koniec. A tu nie koniec – tu pojawia się chór głosów, które mówią mi, że to mnie nie zbliżyło do Boga, tylko tak mi się wydaje. Bo – jak z tego wynika – dobry katolik to taki, który nigdy Boga nie doświadczył, nie ma żadnej z Nim relacji, ale kocha liturgię, słucha tylko muzyki organowej i niezłomnie trwa w wierności, która nie wiadomo skąd się wzięła.


No właśnie – wierność nie bierze się z teorii. Nikogo nie dziwi, że ludzie pobierają się najczęściej po okresie fascynacji, po odkryciu, że ta a nie inna osoba to dla mnie ktoś wyjątkowy. Jakoś nikt nie domaga się, żeby narzeczeni, w imię „realizmu” okazywali sobie „szorstką przyjaźń” na podobieństwo Kwaśniewskiego i Millera, żeby, wicie-rozumicie, potem nie było rozczarowań. 
Na początku jest zazwyczaj pełne zachwytu spotkanie. To jest iskra energii, początek decyzji totalnej, na całe życie. Na pewno to jeszcze nie dojrzała miłość, ale impuls do niej.

Rzadko się zdarza, żeby ktoś żyjący z dala od Chrystusa, nagle zdecydował na zimno: „Od dzisiaj jestem wierny Chrystusowi”. Wątpliwe, żeby ci, co dziś rzucają się o „emocjonalność” pierwszych spotkań z Bogiem, sami zaczynali od „nocy wiary”. Przypomnijcie sobie ten czas, gdy wielu z was dotknęła, a może i powaliła, jasność Chrystusa. Była wtedy radość, były łzy i było pełne zdumienia odkrycie, że Bóg żyje i działa naprawdę. A potem często, owszem – dla duchowego rozwoju – przychodzi czas posuchy, gdy Bóg jakby się ukrywa i gdy musi wystarczyć świadomość tego, co było na początku. Ale ten zachwyt spotkaniem na początku to wartość! A ewangelizacja to właśnie umożliwienie spotkania człowieka z Chrystusem. Spotkania, a nie swatania Go na odległość. Resztę On już zrobi, nie trzeba Go wyręczać.


Znam wielu ludzi nawróconych dzięki ewangelizacji. Z reguły jest tak, że jeśli ktoś na tym świecie kocha Kościół – to oni do tych ludzi należą. I jeśli ktoś kocha Eucharystię, przyjmuje sakramenty, chce trwać przed Najświętszym Sakramentem – to oni właśnie. I jeśli ktoś szanuje księży i modli się za nich – to oni. Jeśli ktoś broni Kościoła i chroni go jak swój dom, to też oni – bo to jest ich dom.


Diabeł robi z ludźmi różne sztuczki, ale jednego nie robi na pewno: nie wiąże ich 
z Kościołem. Nie widzieć tego jest błędem, a przeszkadzać ewangelizacji jest czymś jeszcze gorszym. 


« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

  • owieczka_
    06.12.2014 08:28
    Twierdzisz, że uczucia nie mają znaczenia, a czytałeś dzisiejszą Ewangelię?

    Po pierwsze Jezus odczuł takie neutralne moralnie uczucie jak litość, bo był w stanie współodczuwać z ludźmi znękanymi i odczuwającymi porzucenie. Jezus nie chorował na taką rzadką chorobę jak aleksytymia czyli niezdolność do życia uczuciowego i dlatego był zdolny do empatycznego odbierania tego co sprawia ludziom cierpienie.

    Po drugie to uczucie litości zmotywowało Jezusa do konkretnych działań:

    -zachęcił uczniów do modlitwy do Ojca
    -przywołał do siebie dwunastu swoich uczniów i udzielił im władzy nad duchami nieczystymi, aby je wypędzali i leczyli wszelkie choroby

    Jeżeli zatem ewangelista zwraca uwagę na to, że Jezus jest zdolny do przeżywania uczuć i te uczucia wpływają na wypełnianie woli Ojca to nie można negować ich znaczenia, jak Ty to próbujesz robić.

    Skupiasz się na strachu jako motywatorze działań, a ja chcę Cię zachęcić do docenienia zachwytu. Jeżeli ja doświadczyłam zachwytu moją osobą to staram się dostrzegać to, że Bóg zachwyca się każdym swoim dzieckiem i ja mogę robić to samo. Bóg przyciąga nas do siebie także poprzez więzy ludzkiej miłości.
  • michau
    07.12.2014 17:17
    Przykro mi, że autor stosuje tą samą retorykę, jakiej doświadczył od tych komentujących jego feliteon. To bardzo budujące, że doświadczył Pan osobistej więzi i relacji z Jezusem - Bogiem, który kocha od zawsze, na zawsze i bezwzględnie. Ale przyznam, że z bólem czytam te Pańskie słowa o liturgii... Moje świadectwo - jeśle będzie Pan łaskaw je przeczytać i przemyśleć - jest takie.

    Formuję się nieustannie, co pozwala mi odkrywać Bożą miłość i buduje moją relację z Panem Bogiem. Moja formacja to częsta adoracja, codzienne czytanie PŚ, codzienny różaniec, spotkania z kierownikiem duchowym, stala spowiedź, wspólnota... Jednakowoż moja duchowość nie jest charyzmatyczna. Rozumiem, że Odnowa w DŚ może kogoś prowadzić do relacji z Panem Bogiem. Mi akurat tę relację stwarza możliwość uczestnictwa w liturgii. Tak - kocham ją, ponieważ mam relację z Jezusem i ta liturgia ma taką głębię, że nie sposób jej wyrazić poprzez spotkania charyzmatyków. Tak mi się wydaje, ponieważ należałem i do wsp. charyzmatycznej i chodziłem na msze Trydenckie (które nota bene są pięknym trwaniem z Jezusem i przy Jezusie) i potrafię wyciągnąć wnioski z tych doświadczeń. Liturgia to najwspanialsza forma obcowania z Jezusem!

    Ja urodziłem się i wychowałem w katolickiej rodzinie. To rodzice mówili mi o Panu Bogu. Na poczatku to normalne, ze chodzilem na Msze, bo tak trzeba... Ale z czasem miałem coraz więcej pytan, a rodzice i dziadkowie zawsze służyli mi odpowiedzią. To mnie formowało. I jestem dumny, że byłem i jestem ZWYKŁYM, SZARYM, POSPOLITYM katolikiem. Dziękuję ciągle Panu Bogu za to

    Logiczny tok myślenia mówi, że, skoro czegoś nie rozumiem, to albo to coś jest z natury bezsensowne, albo niepojęte. I zachęcam Pana, by przyjął Pan tę drugą opcję. To, że Pan nie rozumie liturgii, to nie znaczy, że ona nie ma głębi i piękna. Trzeba tylko zacząć ją odkrywać i przejść z zauroczenia Panem Bogiem, do trwałej miłości i stałej formacji, czego serdecznie Panu życzę. I zachęcam bardziej do tworzenia wspólnoty z Tradsami, niźli do prowadzenia wojny
  • Anka
    07.12.2014 17:53
    Jeśli się kogoś pozna, to można się odkochać...Co innego z Miłością.
  • hornik2
    08.12.2014 10:13
    Znam wielu ludzi nawróconych dzięki ewangelizacji. Z reguły jest tak, że jeśli ktoś na tym świecie kocha Kościół – to oni do tych ludzi należą. I jeśli ktoś kocha Eucharystię, przyjmuje sakramenty, chce trwać przed Najświętszym Sakramentem – to oni właśnie. I jeśli ktoś szanuje księży i modli się za nich – to oni. Jeśli ktoś broni Kościoła i chroni go jak swój dom, to też oni – bo to jest ich dom.


    Amen, amen, amen- tak właśnie jest :)

    Gdyby Bogu nie zależało na uczuciach to by o tym powiedział a ciągle mówi kochaj Mnie, kochaj Mnie...pragnę twojej miłości.
    Jakoś trudno wyobrazić sonie wieczności z Bogiem kiedy się Go nie miłuje również uczuciem uczuciem, cała wieczność bez uczuć to właśnie piekło...
    doceń 2

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji