Nowy numer 24/2021 Archiwum

Zdobywam szczyty

Dzieje jego rodziny wykorzystał nawet Kazimierz Kutz w filmie „Sól ziemi czarnej”.

Moim przewodnikiem był ojciec – zaczyna opowieść ks. Basista. – Uczył mnie patrzeć w górę, nie zadowalać się byle czym i nauczył patriotyzmu. Miał czas dla nas, dzieci, opowiadał o świecie, mówił po niemiecku i francusku...

Ksiądz Władysław urodził się w Niedobczycach w 1928 roku. Pochodzi ze znanej na Śląsku rodziny Basistów, której dzieje częściowo posłużyły K. Kutzowi do stworzenia fabuły filmu „Sól ziemi czarnej”. Stryj Maksymilian, działacz społeczny i oświatowy, założył w Rybniku pierwszą polską księgarnię katolicką. Ojciec Józef Basista, w błękitnym mundurze hallerczyka, brał udział we wszystkich trzech powstaniach śląskich.

Obraziłem się na św. Tereskę

Władysław był najmłodszy z piątki rodzeństwa. – Matka wszystkich kochała, przytulała, ale mnie, najmłodszego, zdaje się najbardziej – wspomina dzisiaj. – Potrafiła mieszać w garnku i śpiewać godzinki. To była dla nas praktyczna nauka życiowej dewizy: „Módl się i pracuj”.

Kiedy Władysław miał 10 lat, matka zmarła. Dla chłopca był to ogromny cios. Po latach nazwał ten moment pierwszym szczytem, który zdobył. – To był szczyt... buntu i oburzenia na cały świat – wspomina. – Obraziłem się na Boga i św. Tereskę od Dzieciątka Jezus, którą w chorobie mamy błagałem o ratunek.

Wiele lat minęło, zanim pogodził się ze świętą, podczas pobytu w Lisieux. Rok po śmierci matki wybuchła II wojna światowa. Józef Basista trafił do obozu pracy w Salzgitter. 11-letni Władysław z dnia na dzień musiał stać się dorosły i samodzielny. Mobilizując samego siebie, świętnie się uczył i opanował biegle język niemiecki. Zgłosił się do szkoły handlowej w Rybniku, ale nie został przyjęty ze względu na powstańcze pochodzenie. – Ale wykiwałem Niemców – cieszy się. – Miałem znajomości i zostałem uczniem w Preussische Bank. Bez volkslisty zdobyłem zaufanie przełożonych i nikt już nie pytał o poglądy polityczne.

Po wojnie naród pogrążył się w chaosie. Panował głód, niemowlęta umierały, bo matki nie miały mleka. 17-letni Władysław założył więc w Niedobczycach zlewnię mleka. Otrzymał od władz odpowiednie licencje i został kierownikiem. – Przed szkołą zaopatrywałem wszystkie dzieci w mleko, które kontraktowałem u miejscowych gospodarzy, a po południu uczyłem się w gimnazjum. Zrobiłem dwa lata nauki w rok i zdałem tak zwaną małą maturę. Później sprowadzałem z UNRY sery, mięso w puszkach, cukierki, które rozdawałem potrzebującym. W 1948 roku prywatne sklepy upaństwowiono i musiałem się wycofać. Ale zatrudnione przeze mnie ekspedientki nadal tu pracowały.
 

Mundurowi już mnie szukali

– Jak zostałem księdzem? Zaczęło się od tego, że chciałem pracować z młodzieżą. Z pięknymi dziewczynami – puszcza oko ks. Władysław. – Działałem w harcerstwie i Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży. Myślałem o wstąpieniu do salezjanów, ale księża w parafii przekonali mnie, że w diecezji też są potrzebni duszpasterze młodzieży.

Święcenia kapłańskie przyjął w 1954 roku w Piekarach Śl. z rąk biskupa częstochowskiego Zdzisława Golińskiego. Katowiccy biskupi przebywali wtedy na wygnaniu. Od początku zwracał szczególną uwagę na głoszenie kazań. Został skierowany na studia homiletyczno-fonetyczne. Uczył się i działał u boku ks. Stanisława Wilczewskiego, który w 1927 roku założył w Katowicach Instytut Fonetyczny. Ks. Basista ukończył też specjalistyczne studia logopedyczne. Przez dziesiątki lat pracował w poradni. Pomógł setkom osób zlikwidować poważne wady wymowy. Wypracował skuteczne metody usuwania jąkania. Nauczył też na nowo mówić chorych po ciężkich operacjach np. strun głosowych.

– Głoszenie słowa Bożego i Eucharystia to w życiu księdza kolejne szczyty do zdobywania – mówi ks. Basista. – Tak samo, jak pełnienie dzieł miłosierdzia. Pomagam, gdzie mogę. Nie potrafiłem nigdy przejść obojętnie obok biedy. Takiej, jaką widziałem podczas kolędy, i takiej, jaką spotkałem w Indiach i w Afryce Południowej.

W rok po przyjęciu święceń ks. Basista został mianowany prokuratorem i wychowawcą w seminarium w Krakowie. Wykładał też homiletykę i fonetykę pastoralną. – I tak Pan Bóg potwierdził ten charyzmat pracy z młodzieżą, który w sobie odkrywałem. Później udało mi się też zostać duszpasterzem studentów. Chciałem pokazać im świat, jaki sam odkrywałem – mówi.

Ksiądz Władysław to duch niespokojny i niepokorny. W 1965 roku otrzymał pozwolenie na wyjazd do Wiednia na kongres logopedyczny. W Rzymie akurat kończył się Sobór Watykański II. – Pomyślałem: „Jestem tak blisko i nie pojadę tam?!”. Cudem zdobyłem wizę w ambasadzie włoskiej, walcząc o nią u samego nuncjusza apostolskiego, i pojechałem. W Polsce już mnie szukali milicjanci i mówili: „Zdrajca, szpieg!” – uśmiecha się łobuzersko. – W Rzymie byłem jeszcze przed polskimi biskupami. Jak mnie zobaczył bp Herbert Bednorz, to się złapał za głowę, ale załatwił dziennikarską akredytację. Mogłem chodzić na konferencje i być na ostatniej sesji soboru.

– Zostały mi jeszcze dwa szczyty do zdobycia – wyznaje. – Świętość i szczęście wieczne. Ale żyję otoczony świętymi. Oni mnie jakoś wciągną do nieba, prawda?
 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama