Nowy numer 2/2021 Archiwum

ABW w redakcji "Wprost"

Funkcjonariusze ABW weszli do redakcji tygodnika "Wprost", a w środę wieczorem rozpoczęło się przeszukanie w tej redakcji.

W środę wieczorem, krótko przed godz. 20, rozpoczęło się przeszukanie w redakcji "Wprost". Prok. Renata Mazur powiedziała, że przeszukanie zarządzono wobec odmowy wydania dowodów przez tygodnik, czego domagała się prokuratura. Dodała, że czynności były zgodne z prawem i wynikały z konieczności zabezpieczenia dowodów przestępstwa, gdyż nośniki muszą być poddane badaniom, niezależnie czy to kopia, czy oryginał. Odmowę redakcji uznała za "całkowicie niezrozumiałą". Zapewniła, że prokuratura nie miała na celu poznania tajemnicy dziennikarskiej.

Kiedy w redakcji trwało przeszukanie, redaktor naczelny "Wprost" Sylwester Latkowski mówił, że dziennikarze chcą towarzyszyć prokuratorom, żeby widzieć, jakie materiały będą zabezpieczali i żeby nie kopiowali tych, które stanowią tajemnicę dziennikarską. "Lakują komputery i laptopy - opowiadał przedstawicielom mediów, którzy byli w redakcji tygodnika. - Obawiam się, że przeszukanie dotyczy też innych śledztw dziennikarskich".

Pełnomocnik "Wprost" mec. Jacek Kondracki powiedział TVN24, że będzie składał zażalenie na działanie prokuratury.

- Pan prokurator każe siła zabrać laptopa Sylwestra Latkowskiego. Taki rozkaz wydał pani z ABW. To się nie dzieje! - napisał na Twitterze dziennikarz "Wprost" Michał Majewski.

Około godz. 23.00 tłum dziennikarzy i polityków wraz z kamerami transmitującymi to wydarzenie wtargnął do gabinetu Latkowskiego, w którym przebywali także agenci ABW. Uniemożliwił w ten sposób siłowe odebranie mu laptopa. Redaktor naczelny "Wprost", ściskając laptop, oświadczył, że wcześniej funkcjonariusze próbowali mu go odebrać siłą. Agenci ABW postanowili opuścić to miejsce. Przerwali akcję.

Latkowski podziękował zebranym dziennikarzom. - Rzucili się na mnie funkcjonariusze, robili swoje, przydusili mnie - dodał, podkreślając, że nie oddał komputera, ale jeśli taka będzie decyzja sądu, wyda nagrania. Zapowiedział opublikowanie w poniedziałek kolejnych nagrań. - Oni tu wrócą, zrobią wszystko, by nam przeszkodzić w pracy - stwierdził. Mówił też, że przed decyzją o niewydaniu nośników konsultował się z profesorami prawa. Stwierdził, że tylko prokurator generalny może zdecydować o całej sprawie, a prokuratura powinna złożyć do sądu wniosek dotyczący wydania nośników. - Chcą dojść do źródła, my mówimy: nie - podkreślił.

Nasze decyzje o wezwaniu do wydania nagrań i późniejsza decyzja o przeszukaniu w redakcji mają na celu tylko i wyłącznie uzyskanie dowodów w sprawie. Nie mamy zamiaru uzyskiwania danych informatorów ani naruszania jakiejkolwiek dziennikarskiej tajemnicy" - zapewniła w środę wieczorem podczas briefingu Mazur.

Przypomniała, że redakcja odmówiła wydania nagrań i po tym prokurator zarządził przeszukanie.

Mazur zaznaczyła, że przepisy dokładnie mówią, jak postępować podczas przeszukania z materiałami, które mogą stanowić tajemnicę dziennikarską i te przepisy stosują funkcjonariusze ABW.

"Prokurator podjął decyzję o wydaniu postanowienia o żądaniu wydania rzeczy. Przepis Kpk mówi wprost, że prokurator żąda od osoby, która posiada materiał, dowód, dokument, a mówimy przecież o dowodzie przestępstwa, prokurator żąda wydania takiej rzeczy - wyjaśniła Mazur. - Kodeksowi postępowania karnego nie są znane grzeczne pisma, które proszą o przekazanie do dyspozycji, jeżeli chodzi o dowód przestępstwa".

"Drugim powodem, dla którego takie postanowienie zostało wydane, jest fakt, iż wobec przedmiotu tego postępowania, aby uniknąć zarzutu jakiejkolwiek manipulacji - próby dogadania się z dziennikarzem - prokurator uznał, że to jest jedyna - zresztą jedyna dopuszczalna przez kodeks - forma uzyskania dowodu przestępstwa w sprawie" - argumentowała prokurator.

Jako trzeci powód Mazur podała, że prokuratorowi zależy na zabezpieczeniu samych nośników nagrań, ponieważ stanowią one dowód przestępstwa i powinny zostać poddane badaniom. "Całkowicie niezrozumiała jest dla nas reakcja redakcji "Wprost", która odmówiła tego. Konsekwencją działań redakcji jest wydanie postanowienia o przeszukaniu redakcji" - powiedziała Mazur.

Zastępca redaktora naczelnego tygodnika "Wprost" Marcin Dzierżanowski w rozmowie z dziennikarzami zadeklarował, że redakcja chce współpracować z prokuraturą. Ale - jak zaznaczył - na dziennikarzach spoczywa "nie tylko prawo, ale i obowiązek ochrony tajemnicy dziennikarskiej".

Dzierżanowski podkreślił, że tygodnik nie może ujawniać swoich informatorów. Jak powiedział, "nie chodzi wyłącznie o podanie wprost imienia i nazwiska, ale także o przekazanie takich materiałów, na podstawie których można ustalić dane informatorów".

Odnosząc się do sytuacji powstałej po upublicznieniu rozmów polityków i urzędników państwowych, prezydent Bronisław Komorowski powiedział w środę, że pytanie do koalicji i do polskich sił politycznych brzmi: "Czy potrafią dźwigać odpowiedzialność za państwo także w trudnych sytuacjach". "Jest też pytanie - dodał prezydent - do każdego polityka, czy wyciąga wnioski odpowiednie do zaistniałej sytuacji".

Komorowski przekonywał, że w trudnych momentach każdy powinien się zastanowić, co może zrobić, aby było lepiej. "To jest pytanie do każdego polityka, czy wyciąga odpowiednie wnioski, czy wyciąga wnioski odpowiednie do zaistniałej sytuacji, czy warto się podać do dymisji, czy warto trwać" - mówił prezydent w Sopocie.

Głos ws. nagrań zabrał w środę wicepremier i szef PSL Janusz Piechociński, który poprosił prezydenta Bronisława Komorowskiego o spotkanie. Lider ludowców chce prosić prezydenta o objęcie patronatem działań w związku z upublicznionymi nagraniami. Piechociński powiedział też, że rozmawiał z premierem Donaldem Tuskiem o możliwości przeprowadzenia przedterminowych wyborów w związku z upublicznionymi przez tygodnik "Wprost" nagraniami rozmów polityków oraz szefa NBP.

Wedle oceny szefa PSL interes państwa jest zagrożony, dlatego nie należy teraz mówić o ewentualnych dymisjach. Piechociński zaproponował także, by wprowadzić moratorium dla osób, które przekażą "wszelkie możliwe informacje" w sprawie nagrań.

Na zlecenie Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego zażądała od tygodnika "Wprost" wydania nośników nagrań z rozmowami polityków. Naczelny "Wprost" Sylwester Latkowski, który zachowanie agentów ABW odbiera "jako presję na redakcję", odmówił wydania nośników z nagraniem.

"Prawo prasowe mówi, że jeżeli źródło informacji zastrzegło anonimowość, to (...) nie możemy tego ujawnić. Najpierw musimy sprawdzić, czy przekazanie tych materiałów nie doprowadzi do źródła" - mówił Latkowski. Według niego informator na dzień dzisiejszy sobie tego nie życzy. "Jeśli stwierdzi, że tak - wydamy, ale to on musi zdecydować, nie redakcja" - dodał. Jak zadeklarował, tygodnik opublikuje w całości nagrania rozmów.

Akcja ABW odbiła się szerszym echem, PiS nazwało ją skandaliczną. "To kolejny dowód na zupełną kompromitację rządu Donalda Tuska, (...) to nic innego jak agresywne działania przerażonej sitwy, która przyłapana na łamaniu konstytucji i wszelkich standardów, panicznie boi się kolejnych publikacji prasowych na ten temat" - napisał Jarosław Kaczyński w oświadczeniu przekazanym PAP. Jak ocenił, "swoimi dzisiejszymi działaniami władza Donalda Tuska przyznała się do winy". "PO nie cofa się dziś przed naruszaniem wolności słowa, tajemnicy dziennikarskiej i wszystkich tych wartości, które w wolnym świecie są podstawowymi zasadami" - oświadczył Kaczyński i zaapelował o jak najszybsze odsunięcie Tuska od władzy.

PO odpowiada z kolei, że działania ABW są normalne. "Tego typu działania, które podejmuje obecnie ABW, są działaniami zupełnie oczywistymi i normalnymi w każdym normalnym państwie" - powiedział PAP sekretarz klubu PO Paweł Olszewski. Jak ocenił, zarówno wszczęte postępowanie przez prokuraturę, jak i czynności wykonywane przez ABW są standardowe, a słowa prezesa PiS nazwał "absolutnym bełkotem".

Do sprawy odniósł się też zarząd Press Club Polska, który wezwał prokuraturę i ABW do natychmiastowego zaniechania działań ingerujących w dziennikarskie prawo do ochrony źródeł informacji. Z uznaniem wypowiedział się o postawie naczelnego "Wprost" Sylwestra Latkowskiego, który chroni swoje źródło informacji. Zaniepokojenie wkroczeniem funkcjonariuszy ABW do redakcji "Wprost" wyraziło Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP podkreślając, że ochrona źródeł informacji jest nie tylko prawem, ale i podstawowym obowiązkiem dziennikarzy.

Specjalista od prawa prasowego dr Michał Zaremba powiedział PAP, że prawo prasowe daje możliwość zachowania tajemnicy zawodowej podczas przesłuchania dziennikarza, nie może jednak zapobiec przeszukaniu redakcji. Znany m.in. ze spraw prasowych adwokat Jerzy Nauman podkreśla, że ochronie tajemnicy dziennikarskiej podlega tylko źródło, czyli konkretny człowiek, ale już nie np. instytucja czy grupa osób.

Sejmowa komisja ds. służb specjalnych zbierze się we wtorek na dodatkowym posiedzeniu poświęconym nagraniom z podsłuchów. Na posiedzenie zaproszono szefów MSW i ABW. Z kolei wejściem ABW do redakcji "Wprost" ma zająć się sejmowa komisja sprawiedliwości - zapowiedział poseł PiS Andrzej Jaworski.

Prokuratura poinformowała wieczorem, że Łukasz N. - zatrzymany po południu przez ABW - usłyszał już zarzuty związane z nielegalnymi podsłuchami. Grozi za to grzywna, kara ograniczenia wolności albo kara pozbawienia wolności do lat 2.

Tygodnik "Wprost" ujawnił w sobotę nagrania rozmów m.in. szefa MSW Bartłomieja Sienkiewicza z prezesem Narodowego Banku Polskiego Markiem Belką oraz b. wiceministra finansów Andrzeja Parafianowicza ze Sławomirem Nowakiem. Słychać w nich m.in., jak Sienkiewicz rozmawia z Belką o hipotetycznym wsparciu przez NBP budżetu państwa kilka miesięcy przed wyborami, które może wygrać PiS; Belka w zamian za wsparcie stawia warunek dymisji ówczesnego ministra finansów Jacka Rostowskiego oraz nowelizacji ustawy o NBP. Premier Tusk uznał, że analiza rozmowy Sienkiewicza i Belki nie wskazuje na przekroczenie prawa i dlatego nie ma powodów, by zdymisjonować obecnego szefa MSW.

We wtorek praska prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie nielegalnego podsłuchiwania osób pełniących ważne funkcje publiczne, co ujawnił tygodnik "Wprost". Kodeks karny stanowi, że grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2 podlega ten, kto w celu uzyskania informacji, do której nie jest uprawniony, zakłada lub posługuje się urządzeniem podsłuchowym, wizualnym albo innym urządzeniem specjalnym. Tej samej karze podlega, kto informację tak uzyskaną "ujawnia innej osobie". Ściganie przestępstwa następuje na wniosek pokrzywdzonego. Zawiadomienia w tej sprawie złożyli w poniedziałek szef MSW Bartłomiej Sienkiewicz i Dariusz Zawadka, b. dowódca jednostki GROM, obecnie członek zarządu spółki PERN.

« 1 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama