Nowy numer 2/2021 Archiwum

Jest jedna droga

O tajemnicy sukcesu Billy'ego Grahama, o ewangelizacji i obowiązku zwracania uwagi na problemy moralne
 z pastorem Franklinem Grahamem rozmawia ks. Tomasz Jaklewicz.

Ks. Tomasz Jaklewicz: Chyba niełatwo jest być synem tak słynnego ojca.

Franklin Graham: Kocham swojego ojca, jestem z niego dumny. Był wzorem ojca nie tylko dla mnie, ale dla wielu chrześcijan na świecie. Billy Graham, którego widział świat, który przemawiał w katedrach, jak ta w Katowicach [w 1978 r. – przyp. red.], czy w telewizji, był tym samym człowiekiem, którego jako dzieci widzieliśmy w domu. Jestem wdzięczny Bogu, że dał mi go jako ojca. I kocham go bardzo. Ma teraz 95 lat i nadal czuje obowiązek ewangelizowania. Oczywiście dziś już nie ma siły, by to robić, ale ciągle odczuwa w sercu to przynaglenie.

Pan zapewne nie chce być tylko synem Billy’ego Grahama, ale Franklinem Grahamem. Tytuł Pana autobiograficznej książki jest wymowny: „Buntownik nie bez powodu”.

Kiedy byłem młody, ludzie mieli wobec mnie za wysokie oczekiwania. Żyłem w lęku, że mogę ich rozczarować, bo nie jestem Billym Grahamem, tylko Franklinem Grahamem. Kiedy przekroczyłem trzydziestkę, uświadomiłem sobie, że Bóg ma plan dla mojego życia. Zdecydowałem się pójść za tym planem i nie martwić tym, że mogę kogoś sobą rozczarować.

Dzieci zaangażowanych religijnie rodziców miewają czasem problemy z wiarą. Czy nie czuł Pan nigdy pokusy zostania ateistą na przekór ojcu?

Kiedy miałem 22 lata, oddałem swoje życie Jezusowi, a dopiero około 40 odkryłem powołanie do bycia kaznodzieją. Wcześniej skupiałem się na tym, do czego Bóg mnie powołał poprzez Samaritan’s Purse, czyli niesienie pomocy ubogim, praca z Kościołami w kryzysowych sytuacjach, ale w taki sposób, żeby mówić innym o Bogu i Jezusie Chrystusie. Wzbraniałem się przed kaznodziejstwem, bo nie chciałem być porównywany do ojca. Dopiero około czterdziestki Amanda, współpracowniczka ojca, rzuciła mi wyzwanie, że powinienem głosić słowo. Opierałem się przez kilka lat, ale w końcu powiedziałem OK. Wygłosiłem pierwsze kazanie, po którym podeszło do mnie kilka osób, aby porozmawiać. Zrozumiałem wtedy, że to nie ja cokolwiek zdziałałem, ale Bóg, który dotknął ich życia. Wróciłem do hotelu, padłem na kolana i powiedziałem: „Panie, jeśli chcesz, żebym to robił, to oddaję na to co najmniej 10 proc. mojego czasu. Na ewangelizowanie, nauczanie”. Zacząłem pracować w organizacji ojca (Towarzystwo Ewangelizacyjne Billy'ego Grahama). Traktowałem to jednak jako poboczne działanie. Jakieś 15 lat temu ojciec zapytał mnie, czy nie podjąłbym się prowadzenia jego Towarzystwa. Powiedziałem, że się zgadzam.

Na czym polega tajemnica sukcesu Billy’ego Grahama? Jest wielu kaznodziejów, ale nikt nie przemawiał do takiej liczby ludzi na świecie i do tylu prezydentów?

Musimy kiedyś zapytać o to Pana Boga. (śmiech) Mój ojciec nigdy nie szukał sukcesu. Nie chciał być sławny.

Ale w pewnym momencie chyba zauważył, że tak się stało…


Nigdy tego nie szukał, ale kiedy stał się znany, odnosił się do tego z pokorą. Każdy mógł podejść do niego na ulicy i pogadać. Urodził się na farmie i to w nim zostało. We własnych oczach był wciąż chłopcem z farmy dojącym krowy. Bóg postawił go na tej wielkiej scenie. To nie zasługa Billy’ego Grahama, ale Boga. Jeśli widziałeś kiedyś żółwia siedzącego na słupie, to zdajesz sobie sprawę, że on sam tam się nie dostał, bo tego nie potrafi. Ktoś musiał go tam położyć.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..
TAGI:

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama