Nowy numer 3/2021 Archiwum

Medale za życie

Za ratowanie Żydów w czasie wojny dwie zakonnice i trzech księży 
otrzymali pośmiertnie medale Sprawiedliwy Wśród Narodów 
Świata. – W niejednym środowisku Polska i Kościół w Polsce uchodzą za antysemickie. Wręczenie tych odznaczeń w siedzibie Konferencji Episkopatu Polski dowodzi, 
że tak nie jest – mówi ks. Józef Kloch, 
rzecznik KEP. 


Wśród księży i zakonnic, którzy w czasie Holocaustu bezinteresownie, z narażeniem życia, ratowali Żydów, byli: s. Serafia Adela Rosolińska, s. Kornelia Jankowska, ks. Mikołaj Ferenc, ks. Antoni Kania i ks. Jan Raczkowski. I ta piątka, pośmiertnie, dołączyła do grona 6454 Polaków odznaczonych już medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, przyznawanym przez Instytut Yad Vashem w Izraelu. Ich imiona zostały wyryte na kamiennych tabliczkach, ustawionych w Ogrodzie Sprawiedliwych w Jerozolimie. Polacy stanowią jedną czwartą z 
25 271 Sprawiedliwych z 49 krajów świata, których odznaczył Instytut Yad Vashem. 80 procent wszystkich odznaczonych to katolicy.


Na plebanii w Markowej


– Rodzina się cieszy – mówił jeszcze przed odebraniem nagrody Zygmunt Ferenc z Łomży, bratanek ks. Mikołaja Ferenca, który w czasie wojny w Markowej, niedaleko Stanisławowa, ukrywał Żydówkę z dzieckiem. – Stryj był prześladowany przez Ukraińców, bo był Polakiem. Może to, że ukrywał Żydówkę, też miało wpływ na to, że zginął? – mówi łamiącym się głosem Zygmunt Ferenc. 
On nie znał stryja. Urodził się kilka miesięcy przed jego zamordowaniem w styczniu 1944 roku przez banderowców, ale świadomość okrutnego mordu – toporami – i wspomnienia rodzinne żyją w nim do dzisiaj.
– Mój ojciec Stanisław odwiedzał brata w Markowej. Widział, że żyje biednie, że doznaje szykan ze strony Ukraińców, dlatego matka pisała do niego, aby zwrócił się do biskupa z prośbą o przeniesienie na inną parafię. Nie chciał. Mówił, że jego misją jest być wśród tych ludzi – opowiada Zygmunt Ferenc.


Ks. Mikołaj Ferenc przez ponad sześć miesięcy, od lata 1943 roku, ukrywał na plebanii Żydówkę Ewę Trauenstein-Turzyńską, do której niebawem dołączył czternastoletni syn Lonek. „Przyjmując panią do domu, wiem, że grozi mi śmierć – ale jestem wysłannikiem Boga i nie zaznałbym spokoju, gdybym pani odmówił u mnie schronienia. Plebania jest otwarta dla każdego potrzebującego pomocy” – te słowa ks. Mikołaja Turzyńska dobrze zapamiętała, a po wojnie zapisała we wspomnieniach. W Markowej występowała jako żona zaprzyjaźnionego z proboszczem porucznika, który zginął w czasie wojny. W kościele siadała z gospodynią proboszcza w pierwszej ławce, a syn jako ministrant codziennie służył do Mszy. Oboje mogli ukrywać się po aryjskiej stronie dzięki tzw. dobremu wyglądowi, niemniej do proboszcza dochodziły podejrzliwe uwagi na temat pochodzenia gości. On je ucinał. 14 stycznia 1944 roku ukraińscy nacjonaliści napadli na wieś. Bestialsko zamordowali proboszcza i ok. 40 mieszkańców wsi. Po pogrzebie ks. Mikołaja Ewie Trauenstein z synem schronienia udzielił proboszcz pobliskiej parafii Nowa Huta – ks. Antoni Kania, członek Armii Krajowej, pseudonim „Ketlin”, który wiedział o żydowskim pochodzeniu obojga. 
Z wnioskiem do Instytutu Yad Vashem o przyznanie obu kapłanom medalu Sprawiedliwy wśród Narodów Świata wystąpiły nieżyjąca już Ewa Trauenstein-Turzyńska oraz jej synowa Berta Turzyńska, mieszkająca w Izraelu.


W sierocińcu sióstr w Suchedniowie


Joan Kistern, w czasie wojny Joanna Przygoda, ma dziś ponad 70 lat i mieszka w Australii. Kilka lat temu odwiedziła dom Zgromadzenia Sióstr Najświętszego Imienia Jezus w Suchedniowie. Wróciła do miejsca, w którym jako kilkuletnia dziewczynka znalazła schronienie.
– Z przekazu sióstr wiemy, że do naszego domu przyprowadził ją w styczniu 1944 roku jakiś mężczyzna, który zapowiedział, że po zakończeniu wojny ktoś po nią przyjdzie. I tak się stało – opowiada s. Barbara Konarska.
Joanna Przygoda vel Joan Kistern wyszła z rodzicami z warszawskiego getta, ukrywała się w Milanówku, a potem przez pół roku tułała się po różnych miejscach, aż znalazła wreszcie schronienie w sierocińcu prowadzonym przez siostry zakonne w Suchedniowie. Była jedyną Żydówką wśród około 80 dzieci. Decyzję o przyjęciu dziecka podjęła przełożona domu s. Serafia Adela Rosolińska, wychowawczynią dziewczynki była s. Kornelia Jankowska. I to one otrzymały pośmiertnie medale Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, niemniej w domu zgromadzenia i sierocińcu pracowało wówczas około 10 sióstr. 
– Jestem dumna z postawy sióstr – mówi s. Barbara Konarska. – Szlachetnie postąpiła także uratowana, która odnalazła nas. Dwa lata temu przyjechała do domu generalnego naszego zgromadzenia, a na cmentarzu w Suchedniowie odwiedziła grób s. Serafii.
Ale Joan Kistern nie jest jedynym żydowskim dzieckiem uratowanym w czasie wojny przez siostry Najświętszego Imienia Jezus. – Wiemy o trzech dziewczynkach, które ukrywały siostry w domu w Klimontowie Sandomierskim – relacjonuje s. Barbara Konarska.


« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama