Nowy numer 2/2021 Archiwum

Głosy z Doniecka

Wojna trwa tam od dawna, głównie w głowach mieszkańców - pisze korespondent GN.

Na pozór w mieście jest spokój. Patroluje je milicja. Zdziwienie budzą jednak puste ulice i niewielki ruch w milionowym mieście. Miejscowi mówią, że nie pamiętają, kiedy można się było po Doniecku poruszać tak sprawnie, bez żadnych korków. Po mieście krąży plotka, że wkrótce może zostać wprowadzony stan wojenny, a co wówczas będzie się działo, nikt nie wie. Pełni obaw są zarówno zwolennicy jedności Ukrainy, jak i zwolennicy regionalnej samodzielności, czy przyłączenia do Rosji.

Wielu zadaje sobie pytanie, jak zachowa się wówczas sąsiad, którego znam od dawna, ale który ostatnio stał się jakby kimś innym. – Zachowują się jak zombi, działający w rytm kolejnych impulsów płynących z rosyjskiej telewizji, mówią jedni. – Przyłączą się do faszystów i będą pomagać okupacyjnej armii, przekonują drudzy. Miasto żyje więc w dwóch paralelnych światach, który wspólne ma jeszcze sklepy, trolejbusy i ulice, ale duchowo funkcjonuje już w dwóch odrębnych rzeczywistościach.

Wielka ucieczka

W ostatnich tygodniach wyjechało z miasta, co najmniej 70 tys. mieszkańców, w tym wiele rodzin z małymi dziećmi. Najczęściej do krewnych w centralnej Ukrainie, część pojechała do Rosji.  Uciekają przede wszystkim ludzie podejrzewani o proukraińskie sympatie. Są przekonani, że zostali umieszczeni na listach proskrypcyjnych przygotowanych przez aktywistów Donieckiej Republiki Ludowej. W mieście – pięknym, czystym i zadbanym, śladów walk nie ma, gdyż toczyły się poza centrum , w rejonie lotniska. Tam do niedawna było słychać strzały.

Kiedy trwały walki o lotnisko, ludzie rzucili się do sklepów, skąd wykupiono błyskawicznie wszystko. Kiedy sytuacja się uspokoiła, zaopatrzenie wróciło do normy. Do dzisiaj Donieck jest blokowany zarówno przez separatystów, jak i armię ukraińską. Lotnisko nie działa, drogi kontrolują separatyści, mający punkty kontrolne na rogatkach miasta, pozostała kolej. Jednak bilety do Kijowa są już wysprzedane do końca miesiąca. Niepewność jutra jest wielka. Na uczelniach skrócono rok akademicki, a nauczycielom polecono wywieźć jak najwięcej dzieci do innych regionów kraju. Nie działa część przedsiębiorstw, gdyż nie ma zamówień, a ludzie odsyłani są na urlopy. Trwa wielki exodus z całego Donbasu. Osoby mające polskie korzenie, a mieszka ich w Donbasie ok. 15 tys. i działa kilkadziesiąt polonijnych organizacji, czynią ostatnio starania o Kartę Polaka, traktując to jako szansę na wyjazd i lepszą przyszłość. Jeszcze trudniejsza jest w miastach, gdzie stale toczą się walki, przede wszystkim w Słowiańsku i Krematorsku, gdzie buntownicy celowo zajęli pozycje na osiedlach mieszkaniowych, aby uniemożliwić armii użycie ciężkiego sprzętu. Dlatego tam są ofiary także wśród cywili, a wyjechać z okrążonych miast jest bardzo trudno i sporo to kosztuje.

Miasto niczyje

Gdy w Kijowie pytałem, gdzie w Doniecku znajdę ukraińską władzę odpowiedziano mi, że nigdzie. - Pamiętaj, usłyszałem, jedziesz na terytorium opanowane przez wroga, a więc uważaj. Nie było to przestroga na wyrost.. Kilka dni przed moim przyjazdem w centrum Doniecka został w porwany ks. Paweł Witek.  Tylko wysiłkom miejscowych Kościołów oraz polskiego konsulatu zawdzięcza, że po 24 godzinach uwięzienia odzyskał wolność. O szczegółach swego pobytu w więzieniu separatystów, woli milczeć do dzisiaj.

Dzień przed moim przyjazdem zdarzył się kolejny głośny incydent. Dwóch podchmielonych młokosów zaczęło krzyczeć wieczorem „Sława Ukrainie”. Porwali ich faceci w panterkach i oddali rodzinom przedwczoraj pobitych, jeden miał przestrzeloną nogę. O przypadkach pobicia za  to, że w publicznym miejscu rozmawiano po ukraińsku słyszałem od kilku osób.  Od środowisk akademickich dowiedziałem się, że przedstawiciele Donieckiej Republiki zażądali od kierownictwa akademików wydania spisów mieszkańców, aby ustalić, kto pochodzi z Zachodniej Ukrainy i powinien natychmiast stamtąd być wyrzuconym.

Na ulicach nie czuć napięcia. Jest upał, ponad 35 stopni. Ludzie sennie snują się po ulicach, szukając ochłody w cieniu parków, albo nad rzeką. Wieczorem napełniają się restauracje i dyskoteki. Pod Leninem, jednym z miejsc gdzie odbywają się prorosyjskie wiece, kręci się zaledwie kilka osób. Także budynek obwodowej administracji, jedno  z centrów tzw. Donieckiej Republiki Ludowej, do niedawna otoczony barykadami i broniony przez pospolite ruszenie tzw. opołczeńców, czyli ochotniczą formację prorosyjskich aktywistów jest dzisiaj pustawy. Kilka dni wcześniej przyjechali tam „Czeczeńcy”, jak ich tutaj nazywają, w istocie ludzie z różnych republik kaukaskich, głównie Osetyńcy oraz kozacy, tworzący batalion „Wostok” ( Wschód). Bez ceregieli wyrzucili samozwańczych lokatorów centralnego gmachu administracji państwowej w Doniecku. „Czeczeńcy” przyjechali z Rosji, aby wspierać obrońców Nowej Rosji, jak zwolennicy oderwania się wschodnich obwodów Ukrainy nazywają „swoje” terytorium. Jednak  w szeregi miejscowych separatystów wkradł się taki chaos i rozprężenie, nie brakowało przypadków pijaństwa, grabieży i zwykłego bandytyzmu, że ktoś postanowił zrobić z tym wreszcie porządek.

Odblokowanie siedziby obwodowej administracji wsparły władze cywilne Donieckiej Republiki Ludowej. Otwartym pozostaje przy tym pytanie, dlaczego grupa kaukaska mogła w ciągu krótkiego czasu uporać się z problemem, z którym państwo ukraińskie nie mogło sobie poradzić w przeciągu dwóch miesięcy. Być może rację mają ci, którzy powiadają, że batalion „Wostok” sprowadził do Doniecka oligarcha Rinat Achmetow, aby „czeczeńcy” zrobili porządek w mieście.

Takich pytań zresztą jest więcej, poczynając od oceny zachowań milicji i miejscowych służb specjalnych. Bez jednego wystrzału oddali nie tylko swoje siedziby, ale także broń separatystom, którzy pojawili się w mieście już na początku marca. – Ci z Kijowa, spisali już nas na straty, słyszałem od wielu rozmówców, zrozpaczonych tym, że ich rząd nie zrobił nic, aby ochronić swoich obywateli. Cała zaś operacja antyterrorystyczna przez długi czas przypominała raczej zabawę w kotka i myszkę aniżeli sensownie prowadzoną operację wojskową - mówi Sonia, pracująca w szkolnictwie.

Dzień po szturmie, wojsko odchodziło, a pozycje zajmowali bojownicy z Donieckiej Republiki Ludowej, wspierani przez rosyjskich najemników. A jeśli były sukcesy na froncie, nie było w tych działaniach konsekwencji, jakby ktoś czekał, aby separatystom podwieziono kolejne posiłki z Rosji. Pogranicznicy z Ługańska porzucili swoje posterunki, więc granicy nikt nie kontroluje. Siły porządkowe zaakceptowały fakt, że w mieście jest dwuwładza: działa administracja miejska, kierowana przez mera Ołeksandra Łukianczenkę, umiarkowanego zwolennika decentralizacji, oraz Doniecka Republika Ludowa, która zdołała zalegalizować swoje istnienie poprzez referendum, przeprowadzone w maju. Nie było ono całkowitą farsą, jak przekonywały nasze media. Poszło na nie rzeczywiście bardzo wiele osób i zdecydowana większość opowiedziała się za uznaniem suwerenności Donieckiej Republiki Ludowej. Gdy pytam dlaczego tak się stało słyszę, że wielu ludzi uznało, że mają prawo zabrać głos w sprawie własnej przyszłości.

Kilka dni wcześniej wybuchły ostre walki w Słowiańsku i część mieszkańców Doniecka uznała, że legalizacją własne „państwo”, chronią się przed „agresją” ze strony Kijowa. Nikt do wzięcia udziału w referendum  nie przymuszał. Represjami natomiast grożono tym, którzy chcieli zorganizować w Doniecku wybory prezydenta, które separatystom udało się skutecznie sparaliżować. Jednak odpowiedź na pytanie, kto dzisiaj rządzi Donieckiem, wcale nie jest prosta. W ostatnim czasie w mieście pojawiło się sporo milicji. Ale na bulwarach nad rzeką Kalmius widziałem wspólne patrole separatystów z opaskami Donieckiej Republiki Ludowej (czarno-czerwono-niebieskie), oddziałów wojskowych oraz milicji. Najważniejszą siłą w mieście jest batalion „Wostok”, którego wojownicy  stoją na straży zajętych gmachów administracji państwowej,  a także pełnią straż na punktach kontrolnych, rozmieszczonych wokół miasta.

Podjechaliśmy w pobliże jednego z nich, w rejonie kirowskim, gdzie biegnie droga na lotnisko. Część jej jest już odblokowana, ale ruchu na niej nie ma żadnego. Uzbrojeni ludzie na barykadzie skutecznie zniechęcili nas do kontynuacji podróży. Przedwczoraj jeszcze w tym regionie toczyły się walki, ale obecnie jest tam spokój, choć z pewnością armia ukraińska nie kontroluje tego obszaru. Podobnie zresztą jest na wszystkich rogatkach Doniecka, kontrolowanych wyłącznie przez ludzi z „Wostoka”, bądź ochotników z pospolitego ruszenia donieckiego. Z tego, co słyszałem skład pospolitego ruszenia jest różny. Najmniej, nawet uwzględniając fakt, że ważną rolę w tym środowisku odgrywają funkcjonariusze GRU, wojskowego wywiadu rosyjskiego, wielu ochotników, wcale zresztą nie tak licznych, jak informowały media, to miejscowi. M.in. weterani miejscowych jednostek specjalnych, których niedawno zwolniono ze służby i chętnie znaleźli sobie nowego pracodawcę.

Bunt oligarchów

Solą Donieckiej Republiki Ludowej są taksówkarze. Odgrywali ważną rolę podczas szturmów na budynki administracji,  były przypadki, że donosili na swych pasażerów, nieostrożnie rozmawiających podczas podróży z telefonów komórkowych. Mają prężny związek zawodowy, politycznie związany z oligarchą Borysem Kolesnikowem, prawą ręką Rinata Achmetowa. Kolesnikow był jednym z przywódców Partii Regionów, byłbym wicepremierem i ministrem infrastruktury, którego rola w powstaniu Donieckiej Republiki Ludowej jest ważniejsza, aniżeli dywersantów przenikających do Donbasu z Rosji i znanych jako „turyści Putina”. To jego ludzie wraz z „turystami” rozbijali proukraińskie wiece, zanim zorganizowało się miejscowe pospolite ruszenie, które w niewielkim stopniu bazuje na ochotnikach z Doniecka. Głównie to lumpenproletariat z robotniczych dzielnic Słowiańska i Kramatorska, gdzie procent ludności rosyjskiej jest duży, a niezadowolenie społeczne ogromne, Tych ludzi najłatwiej było kupić za 300 hrywien dziennie, aby stali na barykadach Donieckiej Republiki Ludowej.

 To z  firmami Kolesnikowa współpracowali założyciele tego Donieckiej Republiki  – Denis Puszylin i Paweł Gubariow. Bez wsparcia miejscowych oligarchów, prowadzących w walkę o władzę i wpływy z Kijowem,  bunt na Wschodzie nie byłby możliwy. Oczywiście Rosja ma tutaj swoje interesy i wspiera buntowników finansowo, politycznie i zbrojnie, ale iskrę pod beczką z prochem zapalili miejscowi. A prochu na miejscu było już dawno wiele. Pomógł im marazm obecnej władzy w Kijowie. Premier Jaceniuk był tutaj w marcu i obiecał zarówno zmiany w konstytucji, wzmacniające decentralizację, jak również gwarancje dla języka rosyjskiego. Mówiło się także o jakiejś formie referendum, aby miejscowi mogli wypowiedzieć się na temat swej przyszłości. Nic z tych obietnic nie zrealizowano. – Gubariow  wykrzyczał na wiecach to, o czym wielu mówiło już wcześniej, przekonuje mnie ukraińska dziennikarka, zdecydowana przeciwniczka Donieckiej Republiki Ludowej, ale rozczarowana także postawą Kijowa. Przypomniała, że po raz pierwszy o secesji Donbasu mówiło się podczas „pomarańczowej rewolucji” w 2004 r. i wówczas te hasła wspierali ci sami oligarchowie, co dzisiaj – Achmetow i  Kolesnikow, który nawet poszedł za to siedzieć, aby później trafić do rządu Janukowycza. Separatyzm Donbasu wisiał jak miecz Damoklesa nad ukraińską sceną polityczną od lat. Dzisiaj po prostu, ktoś wziął ten miecz w ręce i zaczął nim walczyć.

Konfederaci ?

Zwolennicy oderwania się Donbasu od Ukrainy nie lubią określenia separatysta. Jesteśmy u siebie podkreślają, a Donbas to nie Ukraina.  Mówią, że są zwolennikami federacji. Wprawdzie w symbolice posługują się także barwami Rosji – flagą niebiesko- biało-czerwoną, ale głównie nawiązują do motywów amerykańskiej flagi konfederackiej z czasów wojny secesyjnej -  niebieskiego krzyża na czerwonym tle. To jeden z symboli Nowej Rosji, który widziałem w miejscach opanowanych przez separatystów oraz podczas ich koncertu, który nie cieszył się jednak wielkim zainteresowaniem. - My nie jesteśmy żadnymi separatystami przekonuje Igor, kierowca taksówki , który wiezie mnie do centrum miasta. My konfederaci, federaliści.  Mój syn poszedł do pospolitego ruszenia, aby chronić nas przed „faszystami” z Zachodu, a przecież wy Polacy, dodaje, sami wiecie, czym jest banderowski faszyzm. Nie pamiętacie jak was tysiącami wyrzynali na Wołyniu? Zaskoczony dobrą znajomością naszej historii zapytałem go, czy wie, kto wymordował polskich jeńców w Katyniu i w innych miejscach. Oczywiście, że wiem – mówił z wielką pewnością  – zrobili to niemieccy faszyści, którym pomagali banderowcy.

- Nie zrozumie się istoty tego, co się obecnie dzieje na Wschodzie Rosji bez analizy złożonego kontekstu kulturowego, cywilizacyjnego oraz mentalnego Wschodniej Ukrainy, przekonuje dr Cyryl Czerkasow, politolog z Uniwersytetu Donieckiego, członek samozwańczego parlamentu Donieckiej Republiki Ludowej, jeden z ideologów Nowej Rosji. – Ludzie po prostu wystąpili w swojej obronie, kiedy „junta” w Kijowie siłą obaliła legalnie wybranego prezydenta. Jednocześnie podkreśla, że ich ruch nie ma nic wspólnego z Janukowyczem i oligarchami, którzy przez 20 lat rządzili tym regionem, okradając go równie cynicznie, jak centralne władze kijowskie. Pytany o cele Donieckiej Republiki Ludowej mówi, że najważniejsze są 3 postulaty, nadanie językowi rosyjskiemu statusu drugiego języka państwowego, autonomia ekonomiczna, gdyż w tej chwili – jego zdaniem - budżet centralny pochłania zdecydowaną większość dochodów Donbasu, federalizacja, czyli nadanie regionom szerokich uprawnień, nie tylko w polityce wewnętrznej, ale także zagranicznej.

Zachodnia część Ukrainy chce się integrować z Unią Europejską i NATO, my chcemy blisko współpracować z Rosją. Przez 20 lat władza w Kijowie starała się unikać zasadniczych zmian kursu, podkreślała swoją neutralność i my to akceptowaliśmy, ale gdy zdecydowała się integrować z Zachodem, należało także nas zapytać o zdanie – podkreśla. Wyjaśnia, że pojęcie Nowa Rosja funkcjonowało w odniesieniu do tych terenów na przestrzeni 200 lat i zostało zniszczone w czasach bolszewickich, jako relikt dawnego systemu. Ale już po rozpadzie Związku Sowieckiego zaczęto mówić o tych terenach jako Nowej Rosji. To nie jest przejaw rosyjskiego imperializmu, przekonuje, ale   próba znalezienia lokalnej tożsamości. My po prostu mamy inną historię, inne tradycje, inaczej oceniamy nasze położenie, aniżeli ludzie z Kijowa, czy Lwowa. Ten  obszar znalazł się w ramach państwowości ukraińskiej wyłącznie na skutek bolszewickiej rewolucji, gdyż tutaj wcześniej nie było jakichkolwiek form ukraińskiej państwowości. To były Dzikie Pola, które Rosja zdobyła w XVIII wieku i zbudowała tu przemysł i swoją cywilizację, którą nazwała Nowa Rosja. Podobnie  myślących, jak Czerkasow jest w Doniecku wielu, a może nawet większość. Alternatywą dla samodzielności może być tylko groza faszyzmu.   Głosy z Doniecka  

„Prawy Sektor” i faszyści

Faszyzm jest w ogóle słowem kluczowym w  języku separatystów. Kim są faszyści ? Generalnie wszyscy, którzy rządzą w Kijowie. Czasami odnosi się wrażenie, że słowo faszysta jest synonimem słowa Ukrainiec.   W tej narracji Doniecka Republika Ludowa powstała więc przede wszystkim po to, aby bronić ludzi przed faszyzmem, który lada dzień może przyjść tutaj razem z „okupacyjną” armią ukraińską. O tym, że Majdanem rządzą faszyści przypomina mieszkańcom Doniecka każdego dnia rosyjska telewizja. Innej zaś oglądać nie mogą, gdyż od momentu, kiedy separatyści przejęli kontrolę nad miejscowym nadajnikiem, wyłączyli wszystkie stacje ukraińskie, poza muzycznymi.

Ukraińskie programy informacyjne mają jedynie odbiorcy telewizji satelitarnej. – Rosyjska telewizja zawsze była tutaj popularna, mówi Tatiana , etnograf z miejscowego uniwersytetu, ale w ostatnich miesiącach stała się głównym źródłem informacji, a właściwie dezinformacji. Jak to wygląda pokazuje na takim przykładzie. Niedawno odbył się wielki wiec na rzecz utrzymania jedności Ukrainy. Został zaatakowany przez „turystów Putina”, odróżniających się od miejscowych zarówno strojem, jak i językiem. Wspomagał ich lumpenproletariat przywieziony z nieodległej Gorłówki. Najbardziej ucierpieli kibice „Szachtiora Donieck”, którzy nieśli wielką ukraińską flagę i dotkliwie zostali pobici przez napastników. Wieczorem w programie informacyjnym Rossija 24 zobaczyła reportaż z demonstracji opatrzony komentarzem, że wiec o utrzymanie pokoju w Doniecku został rozbity przez bojówki „Prawego Sektora”.  

Podobnie jak Kijów ma swoją „Niebiańską sotnię”, a kult poległych na Majdanie uczestników protestów stał się częścią państwowej ideologii  także Doniecka Republika Ludowa ma swój panteon bohaterów – to polegli na Majdanie oraz w innych miejscach funkcjonariusze jednostek specjalnych i Berkutu. W Kijowie berkutowcy są symbolem narodowej zdrady i zaprzaństwa, w Doniecku są czczeni jak bohaterowie, polegli za zachowanie odrębności Wschodniej Ukrainy z rąk faszystów. O potrzebie obrony Doniecka przed faszystami śpiewają także miejscowi artyści. Na sobotnim koncercie, który słuchało kilkadziesiąt osób w centrum miasta miejscowy bard przekonywał, że muszą teraz żyć w „Hitlerlandzie”. Swój występ zakończył okrzykiem „Śmierć faszystom”, co zebrani przyjęli okrzykami „mołodiec”, czyli zuch.   Obok banderowców, którzy za chwilę przyjdą do Doniecka i będą wyrzynać wszystkich mówiących po rosyjsku, kolejnym mitem antyukraińskiej  propagandy jest przekonanie, że w mieście lada moment zaczną szaleć bojówki „Prawego Sektora”. Lokalne władze celowo przez szereg tygodni powtarzały tę informację, aby wznieć prawdziwą psychozę w mieście. Demonstracyjnie nawet wzmacniano wejście do budynku administracji obwodowej i szykowano się do jego obrony przed „Prawym Sektorem”, aby później bez żadnego oporu przekazać go pospolitemu ruszeniu Donbasa, które urządziło w tym gmachu swoja centralę, a w piwnicach więzienie.

Podziały w tej sprawie są bardzo głębokie i dotykają nie tylko ludzi, którzy znają się od wielu lat, ale także rodzin. - Mój brat przez wiele lat chodził z dziewczyną, zamierzali się nawet pobrać, aż powstała Doniecka Republika Ludowa, opowiada Tatiana. Chłopak był zwolennikiem jedności Ukrainy, dziewczyna bała się „Prawego Sektora”. Na pytanie, gdzie ich widziała, odpowiadała, że są tutaj z pewnością, tylko głęboko ukryci i zakonspirowani. Z mitami walczy się najtrudniej, ale jeśli władzy w Kijowie nie uda się oswoić tych lęków, sytuacja się nie uspokoi. Zresztą zwolennicy separacji są przekonani, że pod władzę Kijowa już nigdy nie wrócą. Doniecka Republika Ludowa będzie jakąś formą przejściową, a później obszar Nowej Rosji zostanie przyłączony do Rosji.

– Mamy dwa wyjścia, przekonuje Czerkasow, albo wariant czechosłowacki, a więc aksamitny rozwód, albo jugosłowiański, czyli długą, dziką, krwawą wojnę domową. Do aksamitnego rozwodu trzeba jeszcze Czechów i Słowaków, a nie was, mówię. Zamyślił się chwilę – właściwie to ma Pan rację, ale sprawy zaszły już za daleko, za wiele krwi już tutaj przelano. 

« 1 »

Andrzej Grajewski

Dziennikarz „Gościa Niedzielnego”, kierownik działu „Świat”

Doktor nauk politycznych, historyk. W redakcji „Gościa” pracuje od czerwca 1981. W latach 80. był działaczem podziemnych struktur „Solidarności” na Podbeskidziu. Jest autorem wielu publikacji książkowych, w tym: „Agca nie był sam”, „Trudne pojednanie. Stosunki czesko-niemieckie 1989–1999”, „Kompleks Judasza. Kościół zraniony. Chrześcijanie w Europie Środkowo-Wschodniej między oporem a kolaboracją”, „Wygnanie”. Odznaczony Krzyżem Pro Ecclesia et Pontifice, Krzyżem Wolności i Solidarności, Odznaką Honorową Bene Merito. Jego obszar specjalizacji to najnowsza historia Polski i Europy Środkowo-Wschodniej, historia Kościoła, Stolica Apostolska i jej aktywność w świecie współczesnym.

Kontakt:
andrzej.grajewski@gosc.pl
Więcej artykułów Andrzeja Grajewskiego

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się