Nowy numer 43/2020 Archiwum

Rozbić monopol

O roli partii mniejszościowych w Parlamencie Europejskim z prof. Ryszardem Legutką, Kandydatem PiS w eurowyborach

Piotr Legutko: Niedawno w Parlamencie Europejskim powiedział Pan: „Jesteśmy we władaniu ideologicznego monopolu”. Na czym on polega?

Ryszard Legutko: Mamy od wielu już lat do czynienia z niebezpieczną jednością ideologiczną wszystkich głównych grup politycznych w PE, od zielonych, przez socjalistów, po dużą cześć Europejskiej Partii Ludowej. Przejawia się to na przykład w pełnej akceptacji dla aborcji i ciągłym poszerzaniu praw dla homoseksualistów.

To tak dla pewności zapytam: czy jest Pan za całkowitą ochroną życia od poczęcia do naturalnej śmierci? I czy za małżeństwo uznaje Pan tylko i wyłącznie związek kobiety i mężczyzny?

Oczywiście na oba pytania odpowiadam: tak.

Frakcja konserwatystów, do której Pan należy, nie ma w PE zbyt wiele do powiedzenia. Jak walczyć z monopolem, będąc w mniejszości?

Nie spierając się o treści, bo w takim sporze z góry jesteśmy skazani na porażkę. I zawsze będziemy przegłosowywani. Ale monopol można kruszyć od strony formalnej, głównie powołując się na obowiązującą w Unii zasadę pomocniczości. Trzeba na każdym kroku przypominać, że są sprawy, o których instytucjom Unii nie wolno się wypowiadać, bo leżą one wyłącznie w gestii krajów członkowskich. Jeśli ktoś chce u siebie wprowadzać tzw. małżeństwa homoseksualne, np. w Anglii, to trudno. Polacy nie mają na to wpływu, bo nie uczestniczą w angielskim procesie legislacyjnym. To daje ochronę im, ale powinno też dawać podobną ochronę nam. Unii nie wolno mieszać się w sprawy obyczajowe.

Ale robi to nie wprost. I skutecznie.

Zasada pomocniczości bywa łamana, ale odwoływanie się do niej wciąż bywa skuteczne. Dzięki temu udało się obalić w Parlamencie Europejskim kilka haniebnych dokumentów unijnych, więc to jest w tej chwili najlepsza strategia działania. Trzeba walczyć z tendencjami federalistycznymi w Unii. Im bardziej przekształcać się ona będzie w kierunku jednego superpaństwa, tym więcej dostanie narzędzi do wtrącania się w wewnętrzne sprawy poszczególnych krajów.

Jak Pan ocenia skuteczność takich inicjatyw obywatelskich jak „Jeden z nas”, na rzecz ochrony życia i powstrzymania finansowania aborcji ze środków UE?

Takie akcje zmuszają ów monopolistyczny kartel do defensywy, ma on bowiem przeciw sobie nie tylko skromną liczebnie grupę posłów, ale potężny ruch społeczny. Blisko 2 mln podpisów nie można zignorować. Im więcej będzie takich inicjatyw, im bardziej będą się ożywiać środowiska chrześcijańskie, zwłaszcza w Europie Zachodniej, tym bardziej monopol ideologiczny będzie się czuł zagrożony. Na to wysłuchanie przyszli posłowie z EPP, którzy normalnie siedzą cicho. Dopiero ta inicjatywa dodała im odwagi, zaczęli mówić innym językiem. Cieszyło mnie, że w tej skostniałej instytucji, jaką jest PE, wreszcie coś drgnęło. Że ta dominująca dotąd strona nagle musiała się tłumaczyć, bo pojawili się młodzi, świetnie wykształceni i niezwykle kompetentni chrześcijanie, głównie katolicy, którzy europosłów z głównego nurtu przypierali do muru.

Czy parlamentarnymi metodami można rozbić ten ideologiczny kartel?

Na razie nie, bo jego obaj udziałowcy, socjaliści i partia ludowa, dzielą się funkcjami i wszyscy są z tego zadowoleni. A dodatkowo ów kartel wzmacnia system d’Hondta, według którego przelicza się głosy na mandaty, promując największe partie. Oba ugrupowania łączy też to, że są wyraźnie federalistyczne. Gdy słuchało się wystąpień przewodniczących obu frakcji, Daulla i Schultza, trudno było dostrzec jakieś wyraźne różnice.

Jak uzdrowić Parlament Europejski?

Powinien on bardziej przypominać parlamenty krajowe w tym, że jest w nim obecne jakieś myślenie alternatywne. PE nie szanuje opozycji. Wszyscy, którzy nie mieszczą się w głównym nurcie, są traktowani jako niegodni poważnego traktowania. Jest coś niezdrowego w tym, że bez względu na wynik wyborów od wielu lat PE kierują ci sami ludzie, bo tak się umówili. I jeszcze z dumą powtarzają, że tworzą instytucję demokratyczną. W nowym parlamencie trzeba budować koalicję posłów, którzy są przeciwni dalszemu pogłębianiu integracji. Mam nadzieję, że partie eurorealistyczne będą rosły w siłę, bo zróżnicowanie polityczne Unii nie jest zagrożeniem, może jej tylko wyjść na zdrowie.

Kim jest zatem eurorealista?

To ktoś, kto nie ma zamiaru zamieniać PE w dom publiczny, jak proponuje Janusz Korwin-Mikke, tylko chce obecny system uczynić bardziej skutecznym, np. ściągając z niego wiele obowiązków i likwidując niektóre struktury. Upodabniając się do państwa, UE sama stwarza problemy, z którymi później walczy. Trzeba ten proces zatrzymać.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama