Nowy numer 42/2020 Archiwum

Koloratki i kamasze

- To, co miało nas złamać, stało się cementem, który ugruntował nasze powołanie - mówią księża, którzy zaliczyli przymusową służbę w Ludowym Wojsku Polskim.
 Niedawno na Górze Chełmskiej dziękowali za dar swojego kapłaństwa.

Czterdzieści lat wcześniej, zaraz po opuszczeniu brzeskiej jednostki wojskowej, także pojechali pokłonić się Maryi. Na Jasnej Górze dziękowali Jej za siły, które pozwoliły przetrwać dwuletnią przymusową służbę wojskową.
11 z ówczesnych alumnów poborowych spotkało się nad morzem po 40 latach. – Wielka radość, wielkie wzruszenie. Tyle czasu nie byliśmy razem, a wspomnienia wróciły, jakby to było zaledwie wczoraj. Wszystkich poznałem, chociaż lat nam przybyło i włosy zmieniły kolor – przyznaje z uśmiechem ks. Władysław Stec-Sala, proboszcz słupskiej parafii pw. św. Józefa, który zaprosił do siebie kolegów z wojska. 
Spotkali się przy ołtarzu i poraz pierwszy w tym gronie po latach zaśpiewali gromko piosenkę napisaną przez jednego z nich, nieżyjącego już ks. Wacława Partykę.
– Nie podobała się ta piosenka naszym przełożonym, oj, nie podobała. Ścigali nas za jej śpiewanie – przyznaje ze śmiechem ks. Władysław. 
Nie tylko kleryckie śpiewanie nie podobało się w wojsku. – Na początku kapral kazał mi zdjąć z szyi krzyżyk i medalik. Odmówiłem. Powiedziałem, że medalik dostałem od mamy, a to znak mojej wiary – wspomina ks. Stanisław Szeja, proboszcz w Mikołowie w archidiecezji katowickiej. 


Permanentna 
inwigilacja


Represje, które dotykały księży w PRL-u, nie ominęły też przygotowujących się do kapłaństwa. Od 1959 do 1980 r. alumni na dwa lata trafiali do jednej z trzech specjalnych jednostek. W ostatnich latach poborowi towarzyszyła m.in. instrukcja gen. Wojciecha Jaruzelskiego: „Wpajać im dogłębne przekonanie o aspołecznym zawodzie księdza”. 
– Nasza jednostka w Brzegu nad Odrą postrzegana była jako ta najłagodniejsza. W Bartoszycach (gdzie służbę odbywał ks. Jerzy Popiełuszko – dop. red.) i Szczecinie-Podjuchach represje chyba były większe. Ale i my doświadczaliśmy represjonowania, zwykle ukrytego, ironicznego, ale nie mniej perfidnego – mówi ks. Władysław Midura, proboszcz w Trzcianie w diecezji tarnowskiej. 
– Każdy z nas miał swojego „anioła stróża”, który nawet na urlopie zbierał na nas haki. Miały nas zdyskredytować albo w oczach dowództwa wojskowego, albo seminaryjnych przełożonych. O tej indywidualnej inwigilacji to my nawet wówczas nie wiedzieliśmy. Po latach odkrywamy, który z naszych ówczesnych kolegów i w jaki sposób przymilał się władzy – wspomina.
– Dwa miesiące temu zjawiło się u mnie trzech kolegów z wojska. Porozmawialiśmy szczerze, bez złości. Jeden z nich zajmował się w jednostce radiowęzłem. Opowiedział mi o podsłuchu w salach, który miał rejestrować wszystko, co mówiliśmy. Drugi był fotografem. Robił nam zdjęcia poza jednostką. Dostawali za donoszenie dodatkowe uposażenie. Był też inny, który na urlopie jeździł za mną, szukał informacji wśród sąsiadów w mojej rodzinnej miejscowości Mysłowicach-Brzezince. Dostawał za to dodatkowy urlop – dodaje ks. Szeja. 


« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama