Nowy numer 43/2020 Archiwum

Last minute

Zdążyli. W ostatnim momencie. Są dowodem na to, że modlitwa ma ogromną moc, a na Boże Miłosierdzie nigdy nie jest za późno.

To opowieści o robotnikach z godziny jedenastej. Załapali się w ostatniej chwili. Popracowali jedynie godzinkę, a mimo to otrzymali denara, wzbudzając słuszny protest tych, którzy harowali od godziny trzeciej, szóstej i dziewiątej. Wszyscy dostali solidną lekcję Bożego miłosierdzia. Usłyszeli: „Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?”.

Nie mam już żadnych szans

– Historia zdarzyła się, gdy przebywałam w Niemczech, w Mönchengladbach – opowiada siostra Halina Madej pracująca od lat na misjach na Ukrainie. – W ateistycznej rodzinie, w której nie padało słowo „Bóg”, zachorował ojciec. Wylądował w ciężkim stanie w szpitalu. Jego syn (wcześniej dzięki świadectwu żony przeżył nawrócenie i stał się gorliwym katolikiem) odwiedził ojca. Ten nie chciał słyszeć o sakramentach. „Tato – prosił przy szpitalnym łóżku syn – nie musisz zaraz zmawiać Różańca czy litanii. Powiedz choć słowo do Jezusa”. Ojciec był twardy jak skała. „Nie musisz nawet nic mówić – nie dawał za wygraną syn – wyobraź sobie, że na tym krześle u twoich nóg siedzi Jezus. Wyobraź sobie, że kładziesz głowę na Jego kolanach. To wystarczy”. Ojcu nie drgnęła nawet powieka. Syn poszedł porozmawiać z ordynatorem o stanie jego zdrowia. I wówczas przybiegła pielęgniarka: „Pana ojciec właśnie zmarł”. Lekarz i rodzina zmarłego weszli czym prędzej do sali. „A co to takiego? Jaka dziwna pozycja – zdumiał się ordynator – nigdy czegoś podobnego nie widziałem”.

Chory zmarł z głową położoną na krześle, które stało… przy jego stopach, nie u wezgłowia – opowiada s. Halina. – Rozmawiałam z jego synem i widziałam, jak wielki kamień spadł mu z serca. Na miłosierdzie Boże nigdy nie jest za późno. Jestem tego absolutnie pewna. Podobną historię opowiadał mi werbista, o. Józef Michna. Po powrocie z misji w Danii uległ wypadkowi. Jechał na rekolekcje do sióstr zakonnych, gdy doszło do kolizji. Wylądował na intensywnej terapii. Obok niego leżał inny pacjent w opłakanym stanie. Zawał, kroplówka, respirator. Zaczęli rozmawiać. W pewnym momencie człowiek westchnął: „Nie mam już u Boga żadnych szans”. „Dlaczego pan tak mówi?” – spytał o. Józef. „Tuż po Pierwszej Komunii zaliczyłem dziewięć pierwszych piątków miesiąca. Ale co z tego? Poszedłem do szkoły. Zapomniałem o Bogu. Zrobiłem studia milicyjne, żyłem daleko od Kościoła. Po co mi te pierwsze piątki? Nie spowiadałem się od kilkudziesięciu lat. Gdzie ja teraz znajdę księdza, któremu opowiem o moim spapranym życiu?”. „Już pan znalazł. Ja jestem księdzem” – odpowiedział o. Michna. Mężczyzna zaczął opowiadać o swoim życiu, a jego słowom towarzyszył potok łez. Otrzymał rozgrzeszenie i chwilę później zmarł.

Jadwiga Jarocha umiera

– Znam wiele przykładów skutecznej modlitwy – dopowiada siostra Halina. – Nie będę daleko szukała, opowiem o mojej rodzinie. Kiedyś w środku nocy (to dziwne, bo mam nieprawdopodobnie twardy sen) obudziły mnie słowa: „Jadwiga Jarocha umiera”. Chodziło o moją babcię. Byłam przekonana, że to „odgórny” sygnał, że babcia rzeczywiście odchodzi z tego świata. Okazało się, że Bogu chodziło o to, że babcia umiera duchowo, że obumiera jej wnętrze. Była zamknięta na rzeczywistość duchową, nie chciała słyszeć o Bogu i sakramentach. Była twarda, nieustępliwa. Zaczęliśmy się modlić. Nawróciła się dopiero kilka lat przed śmiercią. Pomalutku, stopniowo. Zmieniła się tak bardzo, że nie rozstawała się z różańcem, w radiu słuchała transmisji Mszy św., połykała książki o świętych. Zmarła w wigilię uroczystości Wszystkich Świętych podczas odmawiania Litanii do Wszystkich Świętych. Wcześniej w malignie, wyczerpana, prowadziła ogromną walkę duchową. Widziała jakieś czarne postacie i krzyczała: „Ja należę do Jezusa, niech panowie sobie idą”. Zmarła w pokoju, pojednana z Bogiem, pełna tęsknoty za niebem.

– Modlitwa ma ogromną moc. Pokazuje to historia mojego pradziadka. Pracował jako koniuszy. Gdy na Górny Śląsk weszli bolszewicy, wtargnęli do stajni, gdzie pracował, przyłożyli mu do skroni pistolet i rzucili: „Zabieramy wszystkie konie”. Przerażające doświadczenie. Dziadek uciekł, zniknął. Jak kamień w wodę. Znaleziono go po pewnym czasie, jak siedział w swym chorzowskim mieszkaniu na ryczce, małym krzesełku. Mówił coś do siebie, śpiewał pod nosem. Bez pamięci, bez poczucia bezpieczeństwa. Zachorował psychicznie. Żył przez wiele lat w swoim świecie. Rodzina bardzo go szanowała, nie pozwalała z niego szydzić. Widziała, jak bardzo cierpi. Wielu dałoby za wygraną, ale nie moi bliscy – uśmiecha się siostra Halina. – Każdego dnia modlili się za pradziadka. Pewnego majowego poranka babcia zastała go w kuchni. Szykował na drogę kanapki. „Auguścik, co robisz?” – zdumiała się jego żona. „Dzisiej chopy idom do Piekar. Tyż pójda”. „Kaj pójdziesz? Zostoń!” Nie dał się przekonać. Wyszedł z domu. Prababcia posłała za nim córkę: „Zobacz, dokąd idzie, co się z nimi dzieje”. Szła za ojcem krok w krok jak Różowa Pantera. Dziadek dotarł do sanktuarium. I wrócił do Chorzowa… absolutnie zdrowy! Przemieniony. Pamięć wróciła, choroba psychiczna odeszła. Wróciło poczucie bezpieczeństwa. To było nieprawdopodobne. Zmarł jako człowiek pogodzony z Bogiem. Jako święty. Myślę, że w każdej rodzinie znalazłyby się podobne świadectwa. Szpital to miejsce wyjątkowe. Miejsce, w którym zaczyna się myśleć o rzeczach ostatecznych – podsumowuje siostra Halina.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także