Nowy numer 44/2020 Archiwum

Mówili o niej lwica

– Romantyczka i pragmatyczka zarazem – opisuje ją krótko Wojciech Szczurek. Była prezydentem Gdyni, posłanką, ministrem zdrowia. Udaną karierę polityczną przerwał rak trzustki. Popularna Franka zmarła w wieku 54 lat.

Urodziła się we Francji jako Françoise Bieńko – pierwsza córka emigrantów z Polski. Po dwóch latach ojciec Franciszki postanowił wraz z rodziną wrócić do kraju. Zamieszkali w Szczecinie. Kilkanaście lat później w Gdyni poznała Jacka, miłość swojego życia. Może właśnie dlatego „miasto z morza” ukochała najbardziej. Przez 14 lat wykładała w Wyższej Szkole Morskiej. W czasie stanu wojennego jej męża internowano, a ją wyrzucono z uczelni. Nie mogła dokończyć doktoratu. By utrzymać rodzinę, zaczęła sprzedawać robione na drutach swetry...

Posprzątać po komunistach

Czerwiec 1989 r. Kończył się komunizm. W Gdyni powołany został Komitet Obywatelski „Solidarność”. Na jego czele stanęła Franciszka Cegielska. – Dlaczego wybraliśmy ją na szefa? Miała charyzmę i miłą powierzchowność, była odważna i komunikatywna. Potrafiła zarazić nas pasją działania – wspomina Stanisław Szwabski, współtwórca gdyńskiego samorządu. Cegielska udzielała współpracownikom instrukcji, w jaki sposób unikać prowokacji Służby Bezpieczeństwa, a także kreśliła śmiałe plany na przyszłość. W wyborach do Rady Miasta Gdyni KO „Solidarność” odniósł ogromny sukces – zdobył 46 na 50 miejsc. Dwa tygodnie później Cegielska została pierwszą prezydent demokratycznej Gdyni. – Po wielkiej euforii przyszło jednak zderzenie z rzeczywistością. Byliśmy wystraszeni, nie mieliśmy bladego pojęcia o pracy administracyjnej. A po komunistach trzeba było posprzątać – przyznaje Szwabski.

Żelazna kobietka

Franciszka Cegielska wraz ze współpracownikami rzuciła się w wir pracy. Zaczęła tworzyć nową komunikację miejską, wymieniła przestarzały system zaopatrzenia dzielnic w wodę, dokończyła po 25 latach estakadę Kwiatkowskiego, powołała do życia pierwszy komunalny bank w Polsce. – Była wizjonerką. Założyła też hospicjum i dom dla samotnych mężczyzn. Ta decyzja nie spodobała się mieszkańcom. Wtedy była inna mentalność. Większość nie chciała mieć „umieralni” w okolicy. Ona potrafiła wszystkich przekonać – podkreśla Joanna Grajter, rzecznik prasowy Gdyni od 1991 r. do dziś. W zakresie działalności charytatywnej chętnie współpracowała najpierw z chełmińskim biskupem pomocniczym Śliwińskim, potem z metropolitą gdańskim abp. Gocłowskim. – Obaj hierarchowie, ludzie wielkiej mądrości, byli bez wątpienia dla Franciszki duchowymi autorytetami – podkreśla Wojciech Szczurek, obecny prezydent miasta. Pracowała po kilkanaście godzin dziennie. – Kosztem rodziny i zdrowia – uważa J. Grajter. – Nie dbała o racjonale jedzenie. Były okresy, kiedy bardzo tyła. Decydowała się wtedy na radykalne diety. Przez wiele dni nic nie jadła, piła tylko wodę. Paliła też strasznie dużo papierosów – dodaje. Wymagała od siebie i pracowników. Niektórzy nazywali ją „żelazną Franką”. – To określenie wcale nie jest negatywne. Franciszka nigdy nikogo nie traktowała z góry. Po prostu wiedziała, czego chce, i umiała to osiągnąć – twierdzi S. Szwabski. – Bez wątpienia budziła respekt – dodaje W. Szczurek. – Część osób mówiła o niej żartobliwie, że w pracy jest prawdziwą lwicą – mówi z uśmiechem J. Grajter. A jaka była prywatnie? – Zaczytywała się w klasycznej literaturze, kochała zwierzęta i kwiaty, które z namiętnością hodowała – opowiada obecny prezydent Gdyni. – Była prawdziwą kobietką. Lubiła się ładnie ubrać. Cechą charakterystyczną stylu pani prezydent były poncza w różnych kolorach. Pasowały do jej zamaszystego stylu. Kiedyś razem poszłyśmy do butiku. Wzięła do przebieralni kilkanaście sukienek, a ja pomagałam wybrać te najładniejsze – wspomina J. Grajter.

Pani minister walczy

Franciszka Cegielska potrzebowała nowych wyzwań. Po dwóch kadencjach na stanowisku prezydenta miasta została posłanką. Swój gdyński gabinet zostawiła następcy i „wychowankowi” – Wojciechowi Szczurkowi. W sejmowych kuluarach szeptano za jej plecami: „O, pani premier idzie”. – Mówiło się wtedy, że nie została prezesem Rady Ministrów, bo męskie lobby nie wyobrażało sobie kobiety na tym stanowisku – przypomina sobie J. Grajter. Była pewna, że jako minister zdrowia przeprowadzi niezbędne reformy, zażegna kryzysy. Tak się nie stało. Jej zapał, którym zarażała innych, powoli gasł. – Dzwoniła późną nocą i dzieliła się swoim smutkiem. Była sfrustrowana. Nie podobał jej się świat Sejmu, w którym najważniejsze są partyjne rozgrywki, a dobro wspólne schodzi na dalszy plan – opowiada J. Grajter. O chorobie pani minister wiadomo było od początku 2000 r. Zdążyła jeszcze we wrześniu przyjechać na ślub jedynego syna Marcina. – Tydzień przed śmiercią odwiedziłem ją w szpitalu. Emanowała radością i optymizmem. Czasem tylko krzywiła się z bólu. Uważała, że ma szansę wyzdrowieć – wspomina S. Szwabski. Zmarła w południe 22 października. Kilkanaście tysięcy gdynian pożegnało Franciszkę na cmentarzu Witomińskim. Przyjaciele mówili: „Pokochała nasze miasto, a ono odwzajemniło się jej miłością”.

Wywiad z prezydentem Wojciechem Szczurkiem na: gdansk.gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama