GN 04/2020 Archiwum

Na ulice!

„Chcę, żebyście wyszli na ulice” – powiedział papież. Wiśta wio, łatwo powiedzieć… Jak ma przełamać wstyd pokolenie, które od pacholęcia faszerowane było piosenką „Panie Jezu, zabierzemy Cię do domu, Panie Jezu, nie oddamy Cię nikomu”?

Podczas spotkania z Argentyńczykami goszczącymi w deszczowym Rio papież Franciszek zawołał: „Kościół musi wyjść na ulice, inaczej stanie się organizacją pozarządową. Chcę, żebyście wyszli na ulice”. Łatwo powiedzieć… I co dalej? Jakie pytania zadawać? Co mówić? W jaki sposób przełamać wstyd, strach? Zapytałem o to osoby, które na własnej skórze przerobiły wielokrotnie uliczne ewangelizacje.

Zapaść się pod ziemię...

„Bo gdy się wyrusza, idzie się z płaczem, rzucając nasiona, a gdy się wraca, wraca się ze śpiewem, niosąc pełne snopy” – taką pieśń śpiewamy na Drodze Neokatechumenalnej – opowiada Maciej Sikorski z Krakowa. – To również znakomita opowieść o ulicznej ewangelizacji. Pamiętam, jak szedłem kiedyś na nocną Drogę Krzyżową, która ruszyła ulicami Krakowa i szła aż do Kalwarii Zebrzydowskiej. Szedłem na samym początku. Dostałem duży brzozowy krzyż. Ruszyliśmy, gdy nagle z naprzeciwka wyszedł facet, z którym… robiłem na co dzień biznesy. Palił papierosa, był lekko zawiany. Myślałem, że spalę się ze wstydu. Miałem nadzieję, że zapadnę się pod ziemię. Marzyłem o jednym: o tym, by mnie nie zauważył. Był pijany i pewnie mnie nie dostrzegł. Nigdy nie poruszał tego tematu. O wiele prostsze niż wychodzenie na ulice jest mówienie świadectwa do ludzi, którzy cię zaprosili. Nawet w więzieniu. Stoisz za pulpitem, słuchacze skupiają na tobie wzrok. Uliczne ewangelizacje nauczyły mnie jednego: musisz otworzyć się na nieprzewidywalność. Spotkaliśmy się nawet z agresją.

Pamiętam, jak jeden rowerzysta rozpędzał się i wjeżdżał w ludzi z naszej wspólnoty. Chciał nas staranować. Usłyszał, że śpiewaliśmy: „Szema Izrael” i wrzeszczał na całą ulicę: „Pierd… żydy!”. Gdy rozpędził się i po raz kolejny przejechał po stopach jednej z naszych sióstr, ta chwyciła go za rękę i spokojnie powiedziała: „Nie jesteśmy żydami, jesteśmy katolikami”. A on zaczął wrzeszczeć: „Po co śpiewacie o jakimś Bogu! Dla mnie nie ma żadnej nadziei. Jutro idę do więzienia. Będę odsiadywał bardzo długi wyrok”. I wówczas ta siostra ściągnęła z szyi swój krzyż, wręczyła mu go i powiedziała: „Weź. To jest twoja jedyna nadzieja”. I wtedy wszystko się wyzerowało: agresja, krzyk. Ten facet w sekundzie złagodniał, skruszał. „Powieszę sobie ten krzyż nad łóżkiem” – powiedział. Co jest najtrudniejsze? Obojętność, jaką napotykasz – opowiada Maciek Sikorski. – Wychodzisz na krakowski Kazimierz, gdzie podchodzisz do bogatych, pachnących, świetnie ubranych ludzi, którzy mają piękne mieszkania i samochody. Startujesz do nich z gadką, że „wysłał cię tu lokalny biskup i chciałbyś im opowiedzieć o Jezusie Chrystusie”, a oni tego kompletnie nie chcą słuchać. Gdy mówiłem świadectwa w więzieniu, była inna sytuacja. Mówiłem: „Jesteście w takim położeniu, że trudno wyobrazić sobie gorsze. Jest dla was nadzieja. Pierwszą osobą »kanonizowaną« przez samego Jezusa był złoczyńca wiszący na krzyżu”. I ci ludzie naprawdę mnie słuchali! A tu ewidentnie przeszkadzasz w zakupach, w kawce, w spacerku z wydepilowanym pudelkiem. Wychodzisz do ludzi, których irytuje twoja gadka i słyszysz: „Przepraszam, spieszę się”. Obojętność – to chyba najgorsza rzecz. Jeśli ktoś zaczyna się sprzeczać, to już jest dobrze. Jest jakaś reakcja, struna zaczyna dźwięczeć. A tu głos odbija się od ściany. To lekcja pokory. Walkę wewnętrzną toczysz za każdym razem. Mechanizm jest zawsze identyczny: wyszukiwanie powodów, dla których nie możesz iść ewangelizować (praca, dom, dzieci, paskudna pogoda), wstyd i strach. Zawsze jest tak samo. Sporo ludzi ze wspólnot pozostawało w domach, wychodziła garstka, która zdobyła się na odwagę. Wracaliśmy z poczuciem ogromnego pokoju. Czułem moc Jezusa. Wiedziałem, że ta ewangelizacja była bardziej potrzebna mnie samemu niż tym, do których podchodziłem. To było konkretne skonfrontowanie się z moją wiarą, zaufaniem Jezusowi. W czasie tej ewangelizacji na ulicach Krakowa zdarzały się też sytuacje „na śmierć i życie”. Jakaś dwójka szła Plantami. Na ławce zauważyli chłopaka. Siedział zamknięty w sobie, smutny. Przysiedli się i zaczęli rozmowę. Minuta, dwie, pięć… Po jakimś czasie chłopak otworzył się. Wyciągnął z plecaka sznur z zawodowo zawiązaną pętlą. Szedł się powiesić. Dzięki tej rozmowie zmienił zdanie.

Królewskie łoże

– Pamiętam swą pierwszą uliczną ewangelizację. 1995 rok. Park Kultury i Wypoczynku w Chorzowie. Rozesłał nas ks. Adam Wodarczyk – opowiada Katarzyna Jendralska, psycholog z Chorzowa. – Podeszłam z koleżanką do dwóch spacerujących dziewczyn. Czy umierałam ze strachu? Trochę tak. „Wisiałam” jednak na mojej animatorce, przypięłam się do niej. Zaczęłyśmy rozmowę. „Musiałyście sporo trudnych rzeczy przejść w życiu, skoro tak otwarcie mówicie o Jezusie” – powiedziała jedna z dziewczyn. „Matko, czy my naprawdę tak smutno wyglądamy? – zaczęłam się zastanawiać – czy przedstawiamy „obraz nędzy i rozpaczy”? (śmiech) Odpowiedziałam: „Nie! Odnalazłam Jezusa, bo nie wierzyłam, że w tym całym życiu nie ma żadnego sensu. Szukałam, szukałam i znalazłam”. Zaczęłyśmy rozmowę. Okazało się, że tę dziewczynę, do której wówczas podeszłyśmy, spotkałam po kilku latach w czasie… modlitwy wstawienniczej. Powiedziała, że tamta rozmowa w parku była dla niej niezwykle ważna. Była jedną z cegiełek, które sprawiły, że po jakimś czasie, gdy wpadła w życiowe tarapaty, oddała całkowicie życie Jezusowi. Rzadko widzi się owoce ewangelizacji. Ja dostałam prezent. Bóg pokazał mi, że warto podchodzić do ludzi, że to On nawraca, nie my. Pamiętajmy, że celem ewangelizacji nie jest nawrócenie człowieka, ale… samo podjęcie inicjatywy! Dlatego też nikt nie powinien mieć oporów.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Zobacz także

  • VOX
    22.09.2013 16:27
    Jak dotąd polscy księża nie wychodzili na ulice miast i wsi, aby głosić SŁOWO (z wyjątkiem procesji itp.) i jakoś Kościół Katolicki w naszej Ojczyźnie przetrwał całe wieki w dobrej kondycji.
    Czyżby aktualnie Kościół Katolicki w Polsce chciał konkurować ze świadkami Jehowy w ulicznym głoszeniu SŁOWA. Ten sposób głoszenia "dobrej nowiny" przynajmniej w naszej Ojczyźnie był domeną "świadków Jehowy", jak zresztą zwyczaj powszechnego czytania Biblii.
    Myślę, że najlepiej będzie jeśli wrócimy w Kościele Katolickim do tradycyjnego podziału ról, tzn. kapłani zajmą się liturgią i martyrią czyli przepowiadaniem do roli której są przygotowani, a wierni swoją chrześcijańską postawą w życiu codziennym będą dawali przykład.
    VERBA docent, EXEMPLA trahunt.
  • oti
    22.09.2013 20:45
    Kiedyś miałem okazję być posłanym na takie przpowiadanie w Baltimore. Trafiliśmy do szpitala wojskowego, gdzie byli mlodzi żołnierze amerykańscy, którzy wrócili z Iraku. Ich reakcji na słowo nadziei nie zapomne nigdy. Na koniec tego dnia okazalo się jednak, że tym którzy najbardziej potrzebowali tego dnia bylismy my - ja i kapłan z Australii, który szedł ze mną. Głoszący innym, głoszą też sobie. O tym nie dość wspominać.
    doceń 6
  • Minerwa
    23.09.2013 06:09
    Minerwa
    Przepraszam, ale uzasadnianie naturalnego lęku przed wyjściem do ludzi ze Słowem Bożym (lęku, którego doświadczali Boży wysłańcy już w czasach starotestamentowych) słowami przyznaję niezbyt udanej piosenki religijnej to albo poważne nadużycie, albo wyjątkowo chybiony dowcip. Raczej to drugie :)
    Piosenka istotnie głupiutka jest, i prawdę mówiąc od ładnych kilku lat już jej nie słyszę, ale wątpię, żeby miała w czymkolwiek przeszkadzać ewangelizatorom.
    doceń 0
  • aaa
    24.09.2013 10:40
    Opowieści ewangelizacyjne piękna rzecz, ale nie tak skuteczna jak świadczenie przykładem własnego życia; to jest coraz trudniejsze w dzisiejszym świecie konsumencko-konkurencyjnym; dzieci często posyła się na lekcje religii otrzymują wszystkie sakramenty a tak naprawdę w domu przekazuje się etykę pt. walcz o swoje
    doceń 0

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji