Nowy numer 9/2021 Archiwum

Janosiki na motorach

To górale spod samiuśkich Tater. 
Twarde chłopy jak twarde są skały na Giewoncie. Giewont mają zresztą na kasku. Ciupagi też. Bo jak „zbójować”, to z pasją i wiarą. 


Na pierwszy Podhalański Zjazd Motocyklistów zjechało 150 maszyn. Na drugi – 360. A w tym roku, w czerwcu, do malutkiej wsi podhalańskiej Miętustwo z rykiem silników wjechało ponad 500 pojazdów. A to wszystko dzięki wierze i pasji Jacka i jego przyjaciela, ks. Tomka. 


Logo od syna


Ta męska przygoda zaczęła się od przyjaźni. Księdza Tomasza Steca z panem Jackiem Ratułowskim, przedstawicielem handlowym z Miętustwa. Ksiądz Tomasz, młody wikary, zaprzyjaźnił się zresztą ze wszystkimi Ratułowskimi: Jackiem, jego żoną Anną i trójką dzieci. Bo trudno się z nimi nie kolegować: otwarci, rodzinni. A pani Anna piecze najpyszniejszy domowy chleb w całej wsi. I jeszcze jedno łączyło młodego wikarego z Jackiem: pasja do motorów. Ksiądz Tomek jeszcze jako młody chłopak pasjonował się ryczącymi jednośladami. Panu Jackowi też zawsze oko błyszczało, gdy słyszał znajomy ryk silników.


– A ja byłam przeciwna– śmieje się żona pana Jacka. – Bałam się o męża, bo motory kojarzą się z brawurą, niebezpieczną jazdą i wypadkami. Z drugiej strony mąż to rozważny człowiek, można mu zaufać. 
– Ksiądz Tomasz przekonał moją żonę – dopowiada pan Jacek. – Gdy jeździ z nami, Ania jest spokojniejsza.
Najpierw pan Jacek pojechał swoją wielką ryczącą maszyną na rozpoczęcie motocyklowego sezonu na… Jasną Górę. Od pielgrzymki do Częstochowy wielu miłośników motorów zaczyna rokrocznie sezon. Gdy zobaczył, ilu jest facetów (i coraz częściej kobiet!) na motorach, i gdy dowiedział się, że i z Podhala wielu jeździ na zloty po Polsce i całej niemal Europie, pomyślał: „fajnie byłoby zacząć działać tutaj, u nas, w Miętustwie”. 
– Jacek zaraził mnie pomysłem, by zlot motocyklowy zrobić na wsi. Od słowa do działania, bez zbędnego zastanawiania się zorganizowaliśmy trzy lata temu pierwszy zlot – opowiada ks. Tomasz (obecnie pracuje w Mszanie Dolnej). – Ponad sto maszyn razem objechało tzw. Papieski Szlak: 40 km po przepięknych górskich terenach, gdzie podróżował Jan Pawł II. W naszej parafii była polowa Msza św., a potem wspólne biesiadowanie. 
Motocykliści z Podhala znaleźli też hasło dla wspólnego działania: „Pasja i wiara”. Pasja, wiadomo – do dwóch kółek. A wiara… – To są twarde chłopy, bez sentymentów. Wiadomo, górale. A jednocześnie wiara, którą otrzymali od ojców, która jest ich dziedzictwem i największą wartością, jest wpisana głęboko w ich życie, kulturę i tradycję. Chrześcijaństwo dla górali jest po prostu tożsamością – mówi ks. Tomasz. – Więc hasło pasuje do nich i do mnie, bo też jestem góralem. 
Pozostało tylko stworzyć logo. Pomógł 14-letni syn pana Jacka. W logo nie mogło zabraknąć góralskiej parzenicy, zarysu ukochanych Tatr z Giewontem oraz… ciupag. 


Ciupaga nie tylko 
dla zbójnika


Z roku na rok wokół Jacka i ks. Tomka przybywało motocyklowych kompanów. Szybko dołączył Łukasz, na co dzień ojciec trójki dzieci i kierownik sprzedaży. Dołączył też Maniek. Zapewnia, że prócz pasji do motorów i prowadzenia własnego pensjonatu jest też… doskonałym dziadkiem. Choć może w skórze i na ryczącej hondzie goldwing tego na pierwszy rzut oka nie widać.
– Jeżdżą też z nami rolnicy, prezes OSP, przewodnik tatrzański czy lekarz – opowiada pan Jacek. A Maniek dodaje, że i przedsiębiorca pogrzebowy na motorze jeździ. 
I tylko „pleców” mieć podhalańscy motocykliści nie mogą. Bo „plecy” to wyszyty na skórzanej kamizelce oryginalny znak konkretnej motocyklowej grupy. A żeby móc taką nosić, potrzebne są formalności, jakieś stopnie dwukołowego wtajemniczenia, hierarchia i motocyklowa biurokracja. Tymczasem górale to ludzie wolni, więc wystarczą im zwyczajne motocyklowe skóry. 
– Śleboda najważniejsza – mówią zgodnie. – Są sprawy ważniejsze niż „plecy”. 
Te sprawy ważniejsze to jak pomaganie najbiedniejszym i potrzebującym. Jakoś tak się poukładało od początku motocyklowej pasji, że chłopy z wiarą przystąpili do uczynków miłosierdzia. Chociaż żaden z nich tak swojej działalności by nie nazwał. 
– Szukamy potrzebujących wokół nas, w najbliższym otoczeniu. A podczas zjazdu zbieramy pieniądze na konkretny cel. Próbujemy też aktywować lokalny biznes. W tym roku zbieraliśmy pieniądze na rehabilitację i leczenie chorego Michałka. Dziecko z naszej miejscowości jeździ na wózku, jest wychowywane przez samotną matkę. Nie mogliśmy być obojętni! – mówi pan Jacek, a Łukasz i Maniek potakują. 
Gdy chłopy (i niektóre żony w formie tzw. plecaków) jadą na Papieski Szlak, pozostałe panie oraz młodzież działająca przy parafii przygotowują regionalne stoły. Wspaniałe sery, moskole, chleb pieczony własnoręcznie. Za te dobra każdy, ile może, wrzuca dutki do skarbony. Potem pieniądze służą biedniejszemu. A ciupagi na koszulkach i kaskach błyszczą wtedy z dumą: bo jak dawniej na Podhalu – silniejszy pomaga słabszemu. Prawie jak u Janosika. 
– Chcielibyśmy być choć trochę takimi Janosikami. Janosikami na motorach – śmieją się Jacek, Łukasz i Maniek. 


Szlify, bezpieczeństwo i inne


Czy naprawdę górale na motorach to dobry pomysł?
– Nie pijemy przed jazdą – zastrzega pan Jacek. – Jadąc, nie ścigamy się. Zresztą w grupie się nie da. Mamy zasadę, że prowadzi najsilniejszy, słabsi są na końcu.
– Oczy trzeba mieć z przodu i z tyłu – dodaje pan Maniek.
– A myślimy za siebie, ale też za innych – mówi Łukasz. – Wtedy jazda jest maksymalnie bezpieczna. I jednocześnie przyjemna. 
Czyli nie było wypadków? 
– Takie tam wywrotki – krzywią się motocykliści. – Najgorzej, gdy jest piasek na drodze, bo wtedy motocykl traci przyczepność. Albo gdy się skręca i jedzie po namalowanych białych pasach na jezdni wtedy też trzeba uważać, bo farba zmniejsza tarcie. 
Wszyscy trzej uparcie twierdzą, że poważnych „szlifów”, czyli wypadków, nie zaliczyli. Oby tak dalej. 
– Facet potrzebuje adrenaliny, męskiego zajęcia – kończy ks. Tomek. – Trzeba tylko takie męskie zajęcia wziąć w karby dyscypliny, odpowiedzialności – dodaje. A gdy się doda do męskiej przygody element wiary, to chyba większość prawdziwych facetów będzie chciała się przyłączyć. Bo jak mówi ks. Tomasz, motocyklowe duszpasterstwo zbliża też i do Boga. Wiadomo, że niektóre chłopy od parafii uciekają na kilometr. Ale gdy towarzyszy im ksiądz w skórze, z którym można zwyczajnie pogadać, to i do kościoła jakby bliżej. 
– Myślę, że tak samo jak duszpasterstwa pszczelarzy, wędkarzy czy lekarzy, potrzebne są duszpasterstwa motocyklistów. To coraz większa społecznie grupa. Motorów jest coraz więcej, pasjonatów jazdy również. Albo Kościół ich „zagospodaruje”, albo pozostaną gdzieś na marginesie, razem ze stereotypem, że to „źli ludzie są” – mówi ks. Tomek. – Motocykliści to wartościowi faceci. Prawdziwe Janosiki. Tylko trzeba dać im szansę.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama