Nowy numer 49/2020 Archiwum

Za panie, co upiekły kołocz

Nieprawdopodobny oryginał, z którego zdaniem liczyli się biskupi. W Auschwitz zaprzyjaźnił się ze św. Maksymilianem Kolbem. 28 lipca mija 25 lat od śmierci jednego z najbardziej niezwykłych śląskich księży.

Nawet na starość pałał wielką energią. Po krótkim okresie przebywania na emeryturze ks. Szweda poprosił ówczesnego bp. Herberta Bednorza o przydzielenie mu jeszcze jakiejś parafii. – Ksiądz Konrad nie widział siebie jako biernego obserwatora życia duszpasterskiego. Dlatego też dekretem biskupa skierowany został na parafię do Łazisk Górnych.

Tam był proboszczem do końca życia – wspomina ks. Mirosław Piesiur, ekonom archidiecezji katowickiej, który jako neoprezbiter przybył do tamtejszego kościoła w 1983 roku. Jak zaznacza, pier- wsza parafia wywarła na jego powołanie olbrzymi wpływ za sprawą ks. Konrada Szwedy.

Oryginalna osobowość

O ks. Szwedzie krążyły różne słuchy. A to za sprawą jego dość oryginalnych modlitw czy pomysłów dotyczących ożywienia parafian. – Ksiądz Konrad był osobistością, która wzbudzała wśród księży różne kontrowersje. Gdy ktoś słyszał, że ma dekret do ks. Szwedy, najczęściej bywał przerażony. Takie uczucie i mnie towarzyszyło, tym bardziej, że byłem neoprezbiterem – mówi ks. Piesiur. Przekonał się jednak szybko, że nastawienie człowieka często odbiega od faktycznej sytuacji, jaką się zastaje w danym miejscu. – Był 1 maja 1983 roku. Po przybyciu na parafię do Łazisk okazało się, że ks. Szweda swoją postawą zachęcał innych do działania. Uczucie przerażenia zniknęło. Pojawiło się natomiast zaskoczenie, że ksiądz w starszym wieku może być tak gorliwy – mówi. Z czasem dla młodego wikariusza ks. Konrad stał się autorytetem. I choć neoprezbiter musiał zamieszkać wspólnie z proboszczem w jednym mieszkaniu, bo nie było miejsca dla nowego wikarego, fakt ten tylko wzmocnił relacje między nimi. – Traktowałem go jako człowieka bardzo sumiennego. Różne jego śmieszne zachowania wynikały z troski o sprawy Kościoła. Mnie jednak najbardziej frapowała jego gorliwość, która momentami mogła być trudna, ale wynikała z tego, że zależało mu na tym, co robi. Często powtarzał mi: „Ksiądz jest młody, ksiądz nic nie wie, ja będę księdzu wszystko mówił, ja będę z księdzem wszędzie chodził” – wspomina ks. Piesiur, dla którego początki w pierwszej parafii były momentami ciężkie, ale z biegiem czasu zaczynał rozumieć sens swoich działań, a przez to też sens swojego powołania.

I dęby padają

Ksiądz Szweda nawiązywał do swoich przeżyć z okresu wojny, ale przez pryzmat pozytywnych wydarzeń czy postaw ludzi. Dlatego w jego wypowiedziach często przejawiała się postać św. Maksymiliana Kolbego. Młodym księżom starał się go pokazać jako osobę czerpiącą z życia to, co wartościowe. – Czasem próbowaliśmy go pytać o jakieś przeżycia związane z pobytem w obozach, a on zawsze opowiadał nam o pozytywnych przykładach ludzi, co robili, jak się zachowywali. Choć nie wiem, czego było więcej – tych pozytywnych aspektów czy negatywnych. Niekiedy podczas luźnych rozmów ocenialiśmy innych ludzi zbyt radykalnie, nie biorąc pod uwagę całego ich życia, tego, co ich spotkało. On wtedy przypominał nam swoją sentencję: „Pamiętajcie, że w ekstremalnych warunkach to i dęby padają”. I odnosił to do swoich przeżyć obozowych – mówi ks. Piesiur. Zaznacza, że życie księdza Szwedy było proste, ale przesiąknięte mocą Bożą, która pozwoliła mu przetrwać nawet najgorsze chwile.

Różaniec z wiadomościami

Świętość ks. Szwedy objawiała się przez gorliwość. Jego obecność w kościele, prowadzenie nabożeństw, liturgii czy udzielanie sakramentów o tym świadczyły. Dla niektórych jego styl mógł być oryginalny, ale to niczego nie zmieniało. Wręcz przeciwnie, raczej pomagało. – Była taka zasada, że wszyscy księża idą pół godziny przed każdą Mszą św. do konfesjonałów. Pierwsza Eucharystia była o 6 rano, więc o 5.30 byliśmy już w kościele. Ksiądz Szweda w tym czasie rozpoczynał modlitwę różańcową z parafianami. Ta modlitwa była bardzo prosta – między każdą dziesiątką Różańca podawał jej intencję, czyli informował o wydarzeniach, o których usłyszał w ostatnich dniach w Radiu Wolna Europa czy Głosie Ameryki. I w tych intencjach się modlił. Dla ludzi była to też okazja, aby dowiedzieć się, co się dzieje. Ktoś powie, że to dziwactwo, a mnie się wydaje, że to było bardzo normalne – mówi ks. Piesiur. Prośby modlitewne w czasie Mszy św. również odbiegały od powszechnie przyjętych reguł. Ksiądz Szweda potrafił modlić się w intencji pań, które upiekły pyszny kołocz z makiem, serem i posypką. Wielu przyjmowało to z przymrużeniem oka, uważało za śmieszne, ale takie modlitwy dotykały zwyczajnych drobnych spraw, które przybliżały ludzi do Boga. – Myślę, że gdyby nie doświadczenia i postać księdza Szwedy, nigdy nie nauczyłbym się traktowania mojego kapłaństwa jako powołania dla innych, to znaczy, że moje sprawy są na końcu, a sprawy mnie powierzone są ważniejsze. Tego się nauczyłem i staram się nie zatracić. Nie zawsze to jest proste, ale jak człowiek długo ćwiczy, czegoś się nauczy – mówi ks. Piesiur.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama