Nowy numer 48/2020 Archiwum

Sztuka bez idei byłaby ułomna

O minionych 40 latach pracy aktorskiej i trudnej sztuce uwierzenia z Ewą Dałkowską, z warszawskiego Teatru Nowego, rozmawia Mariusz Majewski

Mariusz Majewski: 40 lat na scenie minęło Pani, niczym w słynnej polskiej komedii, jak jeden dzień?

Ewa Dałkowska: Cały czas intensywnie pracuję, nie mam więc czasu rozmyślać nad tym, ile to już lat grania, co się wydarzyło. Pracuję w zgodzie ze swoim wiekiem, wśród młodych ludzi, czuję się potrzebna, a nie jak jakiś pomnik przyrody. Chociaż czasami nachodzą mnie myśli o czasie minionym. Co z nich zostało? – oczywiście bardzo dużo. To te 40 lat ukształtowało mnie taką, jaką jestem. Ale nie czuję starości. Starość to zmęczenie, wypalenie, a mnie do zmęczenia sztuką jeszcze daleko. Japoński malarz Hokusai uważał, że pełnię twórczą osiągnie w wieku 110 lat. Ja myślę o sobie podobnie.

 

W tym szybko umykającym czasie pracy na scenie spotkała Pani wybitne postaci polskiego teatru. Kto był dla Pani mistrzem?

Miałam wielu mistrzów. W myśleniu o aktorstwie byli to Gogolewski, Hübner, Łomnicki, Siemion, Zapasiewicz, Pszoniak, Wajda, Zanussi. Ale sztuka bez idei byłaby ułomna. Postawę obywatelską kształtowali Hübner oraz ideowy repertuar i klimat Teatru Powszechnego. Pamiętam wystąpienie Hübnera do zespołu z akceptacją „Solidarności”. Potem tygodnie kultury katolickiej duszpasterza środowisk twórczych ks. Niewęgłowskiego. To była szkoła, która w stanie wojennym zaowocowała Teatrem Domowym, o którym dzisiaj uczą w szkołach.

Wspominała Pani, że formację obywatelską przeszła też pod bokiem Jana Pietrzaka.

Od 1980 r. jestem w „Egidzie” razem z Jankiem. Ciągle gramy, ale musimy zmieniać miejsca w stolicy. Pietrzak miał już w Warszawie 18 różnych lokalizacji. Zawsze odpowiadała mi jego diagnoza tego, co jest sprawiedliwe, co niesprawiedliwe, na co się nie możemy jako Polacy zgodzić. Pietrzak nigdy nie skłamał, zawsze był prawy i szczery. Takiego jasnego rozgraniczania, co jest dobre, co złe, co sprawiedliwe, a co niesprawiedliwe, nauczył mnie już w 1980 r. Miałam to szczęście, że trafiłam na Hübnera i Pietrzaka. Miałam się od kogo uczyć pryncypialności, wierności zasadom. W „Egidzie” występuję do dziś. To już 33 lata, tyle, ile guzików ma ksiądz w sutannie. Jest coś tragicznego w tym, że za komuny na spektakle „Egidy” przychodzili Rakowski, Michnik czy Urban, a dziś ludzie z „tamtej strony” odwracają się ze strachem.

Za działalność Teatru Domowego, funkcjonującego poza oficjalnym obiegiem, powstałego w proteście przeciwko wprowadzaniu stanu wojennego i zdelegalizowaniu NSZZ „Solidarność”, została Pani odznaczona. Niedawno gen. Jaruzelski miał siły na długą imprezę w hotelu, a nie ma ich na udział w rozprawach sądowych. Jak Pani na to reaguje?

Przestało mnie to mocno oburzać, zaraz wyjaśnię dlaczego. Kilka lat temu występowaliśmy w Sali Kongresowej, chyba właśnie w rocznicę stanu wojennego. Zrobili nam taki specjalny domek, w którym odtwarzaliśmy program Teatru Domowego. Naszymi gośćmi byli m.in. Pietrzak i Szczepanik. I wówczas Emilian Kamiński, mój kolega z Teatru Domowego, mówi, że trzeba przypomnieć „Bluzg na Jaruzela”. Zna to Pan?

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama