Nowy numer 47/2020 Archiwum

Opatrzność Boża nie ma wakacji

Pełni wrażeń, wewnętrznego spokoju i optymizmu wyruszyliśmy w drogę powrotną. Ale tutaj już nie było tak optymistycznie...

Wybierałam się z mężem nad morze. Czas wolny od pracy, oczekiwany przez nas z utęsknieniem, planowaliśmy spędzić w nadmorskiej miejscowości. Jednakże w czasie przygotowań do wyjazdu miałam szereg obaw związanych z podróżą. Otóż naszym samochodem wybieraliśmy się po raz pierwszy w tak długą trasę, poza tym posiadaczami prawa jazdy jesteśmy od niedawna. Wraz ze zbliżaniem się terminu wyjazdu w naszej codziennej wieczornej modlitwie była także intencja
o szczęśliwą podróż. Zawsze wierzyłam w Opatrzność Bożą. Nawet w tych różnych, często trudnych i bolesnych doświadczeniach (które nas nie omijały i gdzie trudno było zrozumieć sens przykrych wydarzeń pojawiających się na naszej życiowej drodze). Jakkolwiek starałam się mieć w tych sytuacjach przed oczami postać Jezusa  z obrazu Miłosierdzia Bożego ze słowami „Jezu ufam Tobie”. Wierzę głęboko, że Pan wie, co jest dla nas najlepsze, nawet jeśli często ciężko jest nam zrozumieć sens szczególnie tych bolesnych przeżyć, których nie mało na naszych życiowych ścieżkach.

Dzięki opiece Bożej dojechaliśmy na miejsce szczęśliwie. Dni spędzone z dala od domu i codziennych trosk był niesamowitym  czasem, tak bardzo nam obojgu potrzebnym. Pełni wrażeń, wewnętrznego spokoju i optymizmu wyruszyliśmy w drogę powrotną. Ale  tutaj już nie było tak optymistycznie. Niestety, po przejechaniu ok. 20 kilometrów samochód odmówił nam posłuszeństwa. Po zepchnięciu na pobocze i sprawdzeniu wszystkiego, co mogło być przyczyną awarii, okazało się, że nie jest dobrze. Co robić? Strach i bezsilność wzięły  górę nad rozsądkiem, w głowach totalny mętlik i burza pomysłów, co teraz począć. Ponieważ staliśmy na poboczu niezabudowanej, ale zakorkowanej przelotowej ulicy, jedynym rozwiązaniem było prosić jakiegoś kierowcę o pomoc. Niestety większość podróżujących to byli turyści, którzy albo śpieszyli się na wczasy, albo śpieszyli się do domu. Dlatego nikomu nie w głowie było tracić czas na udzielanie nam pomocy.

Po wielu niepowodzeniach i odrzucanych prośbach o pomoc od przejeżdżających kierowców, straciliśmy nadzieję, aby ktokolwiek nam pomógł. W  całym tym czasie, gdy mąż zatrzymywał kierowców prosząc o pomoc, pozostało mi tylko modlić się i wypowiadać słowa z obrazu „Jezu ufam Tobie”. Byłam mocno zmartwiona, ale i dziwnie spokojna, bo przecież nie mogliśmy tak stać na poboczu bez końca, musiało być jakieś rozwiązanie. Gdy mąż wrócił do samochodu pozbawiony wszelkich nadziei, byliśmy zrozpaczeni. Wtem zatrzymał się koło nas samochód, którym jechało małżeństwo z dwojgiem dzieci. Zapytali, czy aby nie potrzebujemy pomocy (!) Z uśmiechem i życzliwością, a przede wszystkim z własnej inicjatywy zaproponowali pomoc, pomimo że z pewnością śpieszyło im się do domu (pochodzili z  Otwocka). Pomogli nam uruchomić  samochód i co więcej zaproponowali pomoc także w dalszej podróży, gdyż, jak się okazało, jechaliśmy w tym samym kierunku (!).

Przejechaliśmy razem spory odcinek drogi, jednakże samochód po raz kolejny odmówił nam posłuszeństwa. Nie chcąc nadużywać ich uprzejmości i cierpliwości, zostaliśmy  na trasie, na bocznej polnej drodze, szukając kolejnych rozwiązań i przyczyn awarii. Wiedzieliśmy już, że to poważna awaria i bez mechanika się nie obędzie. Tylko gdzie go szukać? Staliśmy w miejscu, gdzie otaczały nas same pola i zaledwie kilka domów. Postanowiliśmy prosić o pomoc kogoś z tamtejszych mieszkańców. Na jednym z podwórek ujrzeliśmy gospodarza murującego studnię. Zapytaliśmy o użyczenie sprzętu do naprawy, opisując historię awarii. Na początku gospodarz był wobec nas nieufny (młodzi ludzie, obca rejestracja) jednak  gdy poznał nasz problem, mocno się zaangażował (!). Pomógł zepchnąć samochód na podwórko, pożyczył sprzęt, ale co najważniejsze, wskazał warsztat samochodowy, który, jak się okazało, był kilka domów dalej (!). Nigdy nie przypuszczałabym, że w takim  opustoszałym miejscu znajdzie się fachową pomoc, a tu jednak… W warsztacie nie mogli nam pomóc, gdyż  nie naprawiano elektryki samochodowej, jednak wskazano inny, który był kilka uliczek dalej (!). Trzeba było się jednak śpieszyć, gdyż, jak to w sobotę, czynny był krócej (jak dobrze, że właśnie w sobotę wracaliśmy z wczasów, a nie w niedzielę, jak wcześniej planowaliśmy). Z pomocą gospodarza udało nam się ruszyć samochód. Pędziliśmy, modląc się w duchu, aby tylko dotrzeć do warsztatu. Zdążyliśmy przed zamknięciem i po godzinie wyjechaliśmy z warsztatu naprawionym samochodem. I zdajemy sobie sprawę z poniesionych, nieplanowanych kosztów, jednak najbardziej utkwił nam w pamięci fakt, że są dobrzy, życzliwi ludzie, dla których pomoc drugiemu człowiekowi jest sprawą oczywistą i zupełnie naturalną. 

Jak dobrze, że są  ludzie, którzy poświęcając swój czas, potrafią dostrzec czyjeś nieszczęście i nieść  innym pomoc w potrzebie – tak po prostu, bezinteresownie. Właśnie dzięki nim (małżeństwo z Otwocka, gospodarz z okolic Pucka) udało nam się w rezultacie dojechać szczęśliwie do domu. Całe to wydarzenie odczytujemy jako dowód na to, że Opatrzność Boża czuwa nad nami, że Pan poprzez umysły i serca innych ludzi niesie pomoc w trudnych i czasem beznadziejnych sytuacjach. Wierzymy, że te dobre, życzliwe osoby nieprzypadkowo stanęły na naszej drodze… powrotnej drodze. Nawet nie znamy nazwisk tych osób, aby raz jeszcze podziękować. Jedyne co możemy zrobić, to pomodlić się za nie i ich rodziny, a przede wszystkim podziękować Bogu za to, że postawił je na naszej drodze.

Warto wierzyć w dobro człowieka, bo ono istnieje, nawet w tym codziennym, zagonionym świecie. Warto zaufać Panu, zawierzając nasze różne codzienne, życiowe trudności, bo On posługując się drugim człowiekiem (pewnie nami też) zsyła potrzebującemu pociechę i pomoc. Chwała Panu!

Wczasowiczka z Łodzi

« 1 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama