Nowy numer 48/2020 Archiwum

Okaleczałam swoje ciało

Teraz myślę, że to wszystko było działaniem złego, który w moim sercu i umyśle trafił na bardzo podatny grunt, łatwo uczynił ze mnie osobę o zerowym poczuciu własnej wartości, depresyjnych nastrojach i planach samobójczych.

W moim życiu Bóg obecny był zawsze, ale przez długi czas odsuwałam Go jakby na bok, na jakiś margines. Myślałam, że całe życie przede mną, mam jeszcze dużo czasu, aby zacząć żyć zgodnie z Jego przykazaniami. I tak przez wiele lat pielęgnowałam swoją pychę, prezentując postawę „Wierzę i chodzę do kościoła, ale…”. Kiedy byłam nastolatką, w okresie największego buntu, narastała we mnie nienawiść do ludzi, ale też do siebie samej. Bardzo mocno dawało o sobie znać poczucie bycia niekochaną, niechcianą przez nikogo. Nawet nie wiem, kiedy zaczęłam okaleczać swoje ciało. Z różnych powodów: odrzucenia przez rówieśników, poczucia beznadziei i bezsensu, bezsilności, poczucia winy. To działało jak magiczna różdżka, kiedy pojawiała się krew czułam niesamowitą ulgę, jakby ktoś spuścił ze mnie powietrze, cała złość, nienawiść znikała. Trwało to bardzo wiele lat. Chodzenie w ubraniach z długim rękawem w środku lata, owijanie pociętej ręki bandażem, tłumaczenie wszystkim dookoła, że właściwie to nic takiego mi się nie stało.

Później, a być może na samym początku koszmaru z samookaleczeniem, dokładnie już nie pamiętam kiedy, pojawiła się chęć odebrania sobie życia. Bardzo konkretne plany. Nie wyobrażałam sobie, że mogę zdać maturę, iść na jakieś studia, później założyć rodzinę i normalnie żyć – po prostu myślałam, że nigdy nie dożyję tych momentów, że wcześniej zwyczajnie odbiorę sobie życie. Naprawdę trudno o tym pisać. O całej złości, nienawiści, bezsilności i beznadziei, którą wtedy miałam w sobie. O niezrozumieniu ze strony otoczenia, nawet najbliższych mi osób (chociaż to nie ich wina, że nie wiedzieli jak na to wszystko reagować, wiem, że byli bardzo zmartwieni moim stanem).

Teraz myślę, że to wszystko było działaniem złego, który w moim sercu i umyśle trafił na bardzo podatny grunt, łatwo uczynił ze mnie osobę o zerowym poczuciu własnej wartości, depresyjnych nastrojach i planach samobójczych. Ciągle szukałam potwierdzenia, że może jednak jestem coś warta, co doprowadziło mnie do dwóch bardzo bolesnych związków. Mocno uwikłałam się w grzechy nieczystości, które przecież niszczą, depczą naszą godność, ale przede wszystkim tak strasznie obrażają Boga. Poza tym uzależniają i naprawdę ciężko jest się z nich wyplątać. Potrzeba niesamowitego samozaparcia i siły, która może być wynikiem tylko jednego: wytrwałej modlitwy i otrzymanej łaski. Człowiek sam nie jest w stanie nic zrobić, a już na pewno nie wyjść z uzależnienia. Dla mnie również było to trudne, ale przez łzy i zaciśnięte zęby obiecałam Bogu i sobie, że nigdy się nie poddam. Że nigdy nie zwątpię w Jego moc i miłość i nigdy nie pomyślę, że już nie warto walczyć. Niedługo potem przekonałam się, że warto, przekonuję się o tym każdego dnia. Bóg pomimo wszystkich moich słabości, wszystkich upadków, nigdy ze mnie nie zrezygnował. On nigdy nie rezygnuje z człowieka, jeżeli ten chce się poprawić, chce coś zmienić w sobie i w swoim życiu, prawdziwie żałuje za swoje grzechy. Miłość Boga do człowieka jest niepojęta, nie sposób jej wyrazić żadnymi słowami ani obrazami, a mimo tego ja tak często dobrowolnie ją odrzucałam.

Jest w mojej rodzinie wspaniała, kochana dziewczyna, która swoim całym życiem daje niesamowite świadectwo i jest dla mnie prawdziwym wzorem żywej wiary. Po urodzeniu przez nią drugiego dziecka, usłyszałam od niej i jej męża prośbę, która jednocześnie brzmiała jak wyzwanie i zadanie do wykonania: czy chciałabym zostać chrzestną małego. „Jasne”, zgodziłam się bez wahania, chociaż nie bez lekkiego przerażenia. I to był jakiś przełom, w tym momencie coś we mnie pękło. Pomyślałam wtedy, że muszę zmienić swoje życie, muszę stać się lepszym człowiekiem, żeby móc być wzorem dla tego maleństwa. Strach, przerażenie i niepewność to słowa, które najlepiej oddają mój ówczesny stan. Ale Bóg zawsze wie, co robi. Powoli bo powoli, ale coś zaczęło się zmieniać. Nie było spektakularnego nawrócenia i powrotu, ale były małe kroczki. Mój ówczesny chłopak nie chciał pogodzić się z moją decyzją o życiu w czystości, takiej pełnej, czystości bez żadnych kompromisów. W końcu rozstałam się z nim. Dopiero po pewnym czasie doszłam do wniosku, że nie łączyło mnie z nim nic oprócz seksualnej fascynacji i namiętności. Zrozumiałam też, że nie mogę pielęgnować w sobie urazy i pretensji, muszę wybaczyć każdemu, kto sprawił mi jakąkolwiek przykrość, powinnam dziękować Bogu za każdego człowieka, którego postawił na mojej drodze, bo każdego z nich postawił na niej po coś.

Dowiedziałam się, że jest coś takiego jak Msza Św. z modlitwą o uzdrowienie, modlitwa wstawiennicza. Na pierwszą taką Mszę również szłam z niemałym przerażeniem. Modliłam się wtedy w intencji bliskiej mi osoby, ale Bóg i mnie postanowił obdarować, pozwolił mi bardzo namacalnie doświadczyć Jego łaski i miłosierdzia. W trakcie modlitwy jedna z osób posługujących powiedziała, że jest tu osoba, która w dzieciństwie czuła się niekochana przez mamę, taty nigdy tak naprawdę nie było. Jeszcze nigdy w swoim 21-letnim życiu tak nie płakałam. Nie potrafiłam powstrzymać łez i szlochania. Pan postanowił przyjść właśnie do mnie w tych słowach i w łzach, którymi mnie obdarzył. Postanowił uleczyć moje rany, zabrać mój strach i niepewność, wlać w moje serce radość i pokój. Od tamtego momentu wiele się zmieniło w moim życiu i zmienia się cały czas. Już nie boję się każdego dnia, bo wiem, że czuwa nade mną Bóg, który wie lepiej co jest dla mnie dobre i ma dla mnie swój plan. Oczywiście czasem jest mi trudno całkowicie Mu ufać i nadal łapię się na tym, że „to ja wiem lepiej”. Nadal walczę ze swoimi słabościami, nadal upadam, ale nie załamuję się, bo wiem, że On zawsze na mnie czeka ze swoim niewypowiedzianym miłosierdziem, zawsze mogę do Niego przyjść, a On zawsze mnie wysłucha i przytuli do swojego Ojcowskiego Serca.

Kiedy tylko mam możliwość uczestniczę we Mszy Św. z modlitwą o uzdrowienie, chociaż zastrzegam, że nie chodzi tu o oczekiwanie fajerwerków i kolejnego cudu. Chcę wielbić Pana i dziękować Mu za wszystko czym mnie obdarza, za to, że uzdrowił mnie z myśli samobójczych, że jest przy mnie każdego dnia i zawszę mogę na Niego liczyć. A On i tak zawsze przychodzi do mnie z jakimś „prezentem”. Wlewa w moje serce ogromną nadzieję i napełnia mnie radością. Pewnie, że nie zawsze i nie w pełni potrafię wykorzystać Jego dary, myślę, że człowiek jest po prostu za mały na to, aby pomieścić Jego miłość. Ale wiem, że ta Miłość nigdy się nie skończy i to daje mi siłę na pokonywanie trudności i przezwyciężanie swoich słabości każdego dnia.

Tyle chciałabym jeszcze napisać o miłości i łasce Bożej, ale komu chciałoby się czytać takie długie świadectwo? :)

Chwała Panu!      

Ola (nazwisko znane redakcji)

« 1 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama