Nowy numer 48/2020 Archiwum

Całe nasze apostolstwo

Przyniosą ciepły posiłek, posprzątają, porozmawiają chwilę, pomogą samotnym i opuszczonym uwierzyć w leczniczą moc miłości.

Aby znaleźć dom sercanek w Ćmielowie, trochę trzeba pokluczyć po wąskich uliczkach. To zwykły budynek, niczym nieróżniący się od innych, może tylko figurką Matki Bożej w ogródku. Jednak mieszkańcom to miejsce jest dobrze znane. Przychodzą do sióstr i starsi, i młodsi, by poczuć atmosferę prawdziwego domu. Do środka wpuszcza s. Natalia i od razu prowadzi do kaplicy, bo tak wskazuje zakonny zwyczaj – odwiedziny zaczyna się od Gospodarza domu.

Ćmielowskie półwiecze

Na stole leżą przygotowane kroniki, pokazujące ponadpółwieczną historię domu. Siostry odnotowują w nich najdrobniejsze szczegóły. „Z woli Bożej na mocy dekretu nominacyjnego z dnia 8 lutego 1959 r. s. Celina Sychta objęła obowiązki przełożonej domu. (...) Od wyjazdu s. Celiny z Ćmielowa w 1964 r. egzystencja domu została zmieniona. Dawniej trzy siostry były zatrudnione przy parafii: katechetka, zakrystianka i opiekunka parafialna. Obecnie siostry ubierają ołtarze i wycierają kurze w kościele, piorą i prasują bieliznę kościelną. Podstawą utrzymania jest szycie kołder i bielizny kościelnej” – zapisano na pierwszych kartach kroniki. Na starych fotografiach umieszczonych w księdze można zobaczyć, jak siostry pilnują dzieci podczas parafialnej procesji. Dziś ich posługa obejmuje raczej tych, którzy siedzą samotni w domach.

Jeszcze za mało?

Siostra Marietta, przełożona, właśnie wróciła od jednej z takich osób. – My nie robimy nic nadzwyczajnego: odwiedzamy ich, zaniesiemy ciepły posiłek, posprzątamy, porozmawiamy chwilę i to całe nasze apostolstwo. Ale właśnie tego najbardziej im potrzeba, ludzkiego serca, w którym mogą odkryć Bożą miłość – mówi. Opowiada też o uzależnionych, którym pomogły wyjść z nałogu, starszej osobie, która od lat nie była u spowiedzi, ale dzięki wielu wspólnym rozmowom przed śmiercią pojednała się z Bogiem, o wnukach „żyjących na kocią łapę”, z którymi spotykały się u chorej babci i których przekonały do zawarcia małżeństwa. Niby proste historie, ale pełne serca, bo właśnie o tym mówi charyzmat sióstr sercanek. – Mimo że odwiedzamy wielu chorych, to jednak czuję pewien niedosyt, że to jeszcze za mało. Jak widzi się ludzką biedę, to chciałoby się wszystkim pomóc, odwiedzić, pocieszyć. Tak sobie myślę, że chyba musi tu przyjść młodsza siostra, by podołać wszystkiemu – dodaje s. Marietta z uśmiechem.

Zakonna wielozadaniowość

Z kuchni dobiegają postukiwania garnków. Siostra Natalia, mistrzyni kuchni, szykuje wyśmienity bigos ze śliwkami i inne smakołyki. Wielu samotnych i starszych czeka też na zakonną zupę. Podana ze szczerym uśmiechem smakuje jak nigdzie. Obok, w pralni, siostra Brygida mimo już słusznego wieku, jak jej poprzedniczki w tym domu troszczy się o „bieliznę kościelną”, tzn. o puryfikaterze, korporały, komże i alby. Mimo że technika poszła naprzód, ona z godną podziwu starannością ręcznie pierze to, czego używa się do Mszy św. Do „kompletu” ćmielowskich „czterech muszkieterek Jezusowego Serca” brakuje siostry Jolenty. Jest w szkole na katechezie. Otoczona gromadką maluchów, opowiada o dalekich misjach. Można powiedzieć, że to jej konik. Prowadzi także dziecięce koło misyjne, o prężnej działalności którego mówi obszerna i barwna kronika. – Staramy się, aby nasza obecność była pokorna i cicha, ale skuteczna i przynosząca chwałę Sercu Jezusowemu, bo to nasz zakonny charyzmat – dodaje s. Marietta, pokazując na serce wyszyte na zakonnym habicie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama