Nowy numer 2/2021 Archiwum

Sport na dopingu

O zdominowaniu sportu przez doping, nieudanych próbach walki z nim oraz roli sportowców we współczesnej kulturze z Przemysławem Babiarzem rozmawia Bogumił Łoziński.

Bogumił Łoziński: Zaskoczyło Cię przyznanie się do stosowania dopingu przez Lance’a Armstronga?


Przemysław Babiarz: – Nie, ponieważ już przedtem były liczne publikacje Amerykańskiej Agencji Antydopingowej, potwierdzone przez Światową Agencję Antydopingową, a także przez Międzynarodową Unię Kolarską, które przesądzały o winie Armstronga. Przecież agencja amerykańska zdyskwalifikowała go już wcześniej, odebrano mu też tytuły, m.in. za siedem zwycięstw w Tour de France czy brązowy medal olimpijski z Sydney. Jednak do tej pory Armstrong zdecydowanie odrzucał oskarżenia. W programie Oprah Winfrey po raz pierwszy przyznał się do winy, ale ja odbieram to jako medialny ruch, próbę wyjścia ze zwarcia, działanie uprzedzające przed nieuchronnym wyrokiem, bo przecież w USA grozi mu kilka procesów karnych.

Jednak mimo dyskwalifikacji dla wielu ludzi Armstrong wciąż był bohaterem. Czy teraz to się zmieni?


– Ludzie byli nim zafascynowani jako sportowcem i człowiekiem. On odnosił wielkie sukcesy, zwalczył chorobę nowotworową, założył fundację charytatywną, której celem jest walka z rakiem. Niektórzy z jego fanów twierdzą, że przecież wszyscy biorą niedozwolone środki, a on był najlepszy spośród nich, a teraz zrobili z niego kozła ofiarnego. Jednak jego przyznanie się pokazuje nie tylko to, że kłamał w sprawie dopingu, ale że można iść w zaparte i wytaczać procesy o zniesławienie innym ludziom, wiedząc, że jest się winnym. To oznacza, że Armstrong jest kłamcą do kwadratu, co spowoduje, że grono jego zwolenników na pewno się zmniejszy. Choć dla ludzi, którzy żyją w świecie rozmytych wartości, którym nie przeszkadza doping, wciąż będzie człowiekiem sukcesu. 


Czy okoliczności, w jakich się przyznał do winy, wskazują Twoim zdaniem na to, że żałuje tego, co robił, że uznał zło swojego postępowania?


– Mam wątpliwości. Armstrong wystąpił w programie, który jest rodzajem widowiska o wielkiej oglądalności, siedział z nogą założoną na nogę, całą swoją postawą demonstrując, że czuje się pewnie, że nie ma w nim ani grama skruchy, że wciąż jest gwiazdą. Zupełnie inaczej wyglądała amerykańska lekkoatletka, mistrzyni olimpijska Marion Jones, która po skazaniu za doping płakała na konferencji prasowej i była tak skruszona, zmiażdżona tym, co zrobiła, że zdołała jedynie wykrztusić z siebie, że przyznaje się do winy. 


Czy sprawa Armstronga pokazuje prawdziwe oblicze współczesnego sportu, w którym dominuje nastawienie na sukces za wszelką cenę?


– Niestety tak. Opinię publiczną raz za razem porusza jakaś wielka afera dopingowa. W kolarstwie dochodzi do nich często, były nawet przypadki śmierci na skutek stosowania dopingu. Podobnie jest w lekkiej atletyce. W USA ujawniono, że około 100 medalistów olimpijskich z tego kraju w drugiej połowie XX w. brało doping. To wszystko sprawia, że mamy prawo sądzić, iż współczesny sport zawodowy nie jest czysty. Armstrong przyznaje się do dopingu, ale nie zdradza, kto mu pomagał, a przecież za tym muszą stać lekarze. A jednocześnie otwarcie twierdzi, że nie mógł nie brać, bo inaczej nie zwyciężyłby siedem razy w Tour de France. Formułuje więc zasadę, która niestety jest stosowana w praktyce: albo będziesz zwyciężał, albo będziesz czysty. To jest wyraźny sygnał dla młodych ludzi, że jak chcesz osiągnąć sukces, to musisz stosować doping. 


Agencje antydopingowe nie są dostateczną zaporą?


– Mimo starań, Światowa Agencja Antydopingowa i jej krajowe oddziały wobec najnowocześniejszego dopingu są bezradne. Porównano kiedyś budżet antydopingowy z dopingowym i okazało się, że proporcja jest jeden do kilkuset na korzyść tego drugiego. 


« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama