Nowy numer 3/2021 Archiwum

Myślenie ze zrozumieniem

Boże Narodzenie to trwały i wciąż ważny przekaz prawdy o naszym rodzicielstwie.

W tle słyszymy niezwykle piękne muzycznie oraz bogate w treści polskie kolędy, będące fenomenalnym zapisem sposobu myślenia ludzi wierzących w boskość malutkiego Jezusa. Jest w naszych kolędach wiele „socjologicznych” myśli, stanowiących swoistą polemikę zwykłych ludzi z każdym, nie tylko z dzisiejszym, mainstreamowym światem. Jak w kolędzie z XVIII wieku, autorstwa F. Karpińskiego, wciąż chętnie i licznie śpiewanej w całej Polsce: „śmiertelny Król nad wiekami, (…) dzieląc z nim (tj. ludem) trudy i znoje, niemało cierpiał, niemało, żeśmy byli winni sami, (…) a Słowo Ciałem się stało i mieszkało między nami, (…) Ubodzy, was to spotkało, witać Go przed bogaczami, (…) Króle widziani cisną się między prostotą, (…) mirrę, kadzidło i złoto, Bóstwo to razem zmieszało z wieśniaczymi ofiarami…”.

Jest w tej, jak w wielu innych kolędach, mocna deklaracja prymatu Słowa nad ciałem, czyli mocne zaprzeczenie takiej wizji świata, w której byt określa świadomość, a miejsce siedzenia decyduje o punkcie widzenia. Jest egalitarny etos, zgodnie z którym to króle – skądinąd bardzo ważni! – cisną się (!) między prostotą, by potwierdzić wagę wydarzenia, które miało miejsce w zwykłej stajence w niewielkim Betlejem. Jest także nasza, ludzka odpowiedzialność za to, co dzieje się tu, na ziemi, a więc także za cierpienie „Króla nad wiekami”… Czy można dodać coś więcej do przenikliwej deklaracji z innej, góralskiej kolędy „Oj maluśki, maluśki”: „Gdybym ja tam (tj. w niebie) jako Ty, tak królował sobie, nie chciałby ja przenigdy w tym spoczywać żłobie”… I natychmiastowa, genialna teologicznie odpowiedź: „Albo więc, mój Panie, wróć do swej krainy, albo się pozwól zanieść do mej chałupiny”…

Boże Narodzenie to także trwały, przypominany co roku i wciąż ważny przekaz prawdy o naszym rodzicielstwie, o macierzyństwie i ojcostwie, które okazuje się „najważniejsze na świecie” bynajmniej nie dlatego, że zostało dobrze zaplanowane przez samego człowieka w jego zamożnym i bezpiecznym życiu. Wciąż, niezmiennie i intensywnie warto myśleć o znaczeniu Bożego Narodzenia. I dlatego z okazji Nowego Roku ośmielam się życzyć takiego „myślenia ze zrozumieniem” czytelnikom „Gościa Niedzielnego” i wszystkim moim rodakom. Potrzebne jest nam ono także w wielu innych, ważnych sprawach, w zrozumieniu wagi naszej wiary i naszego stosunku do Kościoła i Polski oraz przyjęciu realnej odpowiedzialności za rozwiązywanie problemów polskiego społeczeństwa i polskiego państwa.

I żeby to życzenie nie było tylko pustą deklaracją, pełną ogólników i akceptowanych przez wszystkich – czyli tak naprawdę przez nikogo – banałów, pozwolę sobie przypomnieć pewną postać, której już między nami nie ma i którą wielu chciałby wymazać ze współczesnej, polskiej historii. Chodzi o Lecha Kaczyńskiego, który urząd prezydenta RP objął 23 grudnia, w przeddzień Wigilii Bożego Narodzenia w 2005 roku. Najwyższy czas, by spokojnie, wspólnie oraz możliwie bezstronnie „przemyśleć ze zrozumieniem” jego działalność i polityczny oraz społeczny program. Był postacią, która zapisała w polskich dziejach i w naszej walce o niepodległość, wolność i solidarność bardzo ważną kartę. Tymczasem wielu, zbyt wielu politykom, autorytetom i publicystom trudno zdobyć się na spokojne i obiektywne uznanie wagi tego, co uczynił dla Polski i Polaków. Tragiczne zakończenie jego prezydentury na lotnisku pod Smoleńskiem czyni ich postawę szczególnie niezrozumiałą.

Książka S. Kmiecika pt. „Przemysł pogardy” pokazuje, jak wiele krzywdy mu uczyniono, nie tylko jako prezydentowi, lecz także jako człowiekowi „ustami, piórami i klawiaturami” znaczących przedstawicieli „opiniotwórczej elity” III RP. Ale znacznie ważniejsze wydaje się odkrycie, że największą krzywdę wyrządzono Polakom, odbierając nam poczucie, że w 2005 r. dobrze wybraliśmy prezydenta Polski. Bo był prezydentem nas wszystkich (tak funkcjonuje demokracja), który starał się odpowiedzialnie, mądrze i konsekwentnie prowadzić sprawy kraju. Nie dość miejsca na omówienie jego dorobku, dlatego poprzestanę na przypomnieniu biografii, której wielu zapewne mu zazdrościło, wmawiając równocześnie wyborcom, że nie widzą w niej nic szczególnego.

Proszę więc o przykład innego polskiego polityka z podobnym doświadczeniem: dr hab. nauk prawnych, prof. ndzw. UKSW i UG, współpracownik Biura Interwencyjnego KOR, a także Wolnych Związków Zawodowych na Wybrzeżu, doradzający MKS w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 r. oraz TKK „S” w latach 80., po zwolnieniu z trwającego 10 miesięcy internowania. Także delegat na I Zjazd NSZZ „S” w roku 1981 oraz wybrany na wiceprzewodniczącego „Solidarności” w roku 1990. Senator i poseł na Sejm RP, prezes Najwyższej Izby Kontroli, potem minister sprawiedliwości i prokurator generalny w rządzie J. Buzka. Wybrany przez warszawiaków na prezydenta stolicy, a potem, przez większość Polaków na prezydenta RP. Był politykiem, który konsekwentnie i w świadomym sporze z politycznymi rywalami trwał przy zasadach solidarności społecznej w Polsce i solidarności politycznej – w naszym regionie oraz w Unii Europejskiej. Można nie zgadzać się z jego poglądami – to w demokracji rzecz naturalna. Ale okazywanie Lechowi Kaczyńskiemu, zarówno za życia, jak i po tragicznej śmierci, tak ostentacyjnie braku szacunku to nikczemność, a nawet – czasami – działanie wbrew racji stanu RP.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama