Nowy numer 50/2018 Archiwum

Ojczyzna nie czeka

Potomkowie polskich zesłańców w Kazachstanie czekają na powrót do kraju już ponad 20 lat. I tracą nadzieję, że kiedykolwiek będą mogli żyć w ojczyźnie.

Siergiej Kuzionnyj do Polski przyjechał w 2006 r. z małej wioski Jasna Polana w Kazachstanie. Na studia. Pamięta smak coca-coli, zachwyt McDonaldem i atmosferą wielkiego miasta. Nadzieje związane z tym, że Polska weszła do Unii. Kiedy jednak dzwonił do rodziny w Kazachstanie i pytał, co przywieźć w prezencie, jego babcia Ludmiła Marczewska zawsze miała jedno i to samo życzenie: woreczek polskiej ziemi. Od 2006 r. w ciągu czterech lat podarował jej ziemię z Rzeszowa, Śląska, Kaszub i Mazowsza. Przywoził ją do Jasnej Polany, a ona cieszyła się jak dziecko. Jakby powzięła tajny plan: skoro nie może wrócić do kraju, to woreczek po woreczku sprowadzi tę Polskę do siebie.

 

Bo byli Polakami

Rodzina Marczewskich mieszkała do 1936 r. na sowieckiej Ukrainie. Po traktacie ryskim, kończącym wojnę polsko-sowiecką, po stronie sowieckiej pozostały duże skupiska Polaków. W 1926 r. na zachód od Żytomierza, mniej więcej w połowie drogi między Lwowem i Kijowem, utworzono Polski Rejon Narodowy im. Juliana Marchlewskiego (tzw. Marchlewszczyznę), a w 1932 r. na Białorusi powstał Polski Rejon Narodowy im. Feliksa Dzierżyńskiego (czyli Dzierżowszczyzna). Sowieci nie zrezygnowali bowiem z planu eksportu rewolucji na Zachód i dwa polskie rejony narodowe miały być zalążkiem Polskiej Republiki Radzieckiej. Ludność polska jednak zawiodła nadzieje Stalina. Nie chciała wyrzec się wiary i nie godziła na kolektywizację.

„Za karę” Stalin postanowił zlikwidować obwody. W roku 1936 zaczęła się Operacja Polska NKWD. Najpierw ok. 100 tys. Polaków wywieziono, głównie do Kazachstanu. Potem zamordowano 111 tys. osób, a prawie 30 tys. zesłano do gułagów. Akcja objęła wszystkich Polaków, bez względu na pochodzenie społeczne. Decydowała narodowość. Rodzinę Marczewskich NKWD wywiozło z Ukrainy do Kazachstanu w 1936 r. Siergiej zapamiętał opowieści babci, że kiedy ich wyrzucono z wagonów, zobaczyli step po horyzont. Jedyną rzeczą, która wyrastała w krajobrazie, była studnia. Mrozy dochodzące do 50 stopni, wyczerpanie pracą i głód sprawiały, że spod wielkiego namiotu, w którym mieszkali, raz po raz ktoś znikał na zawsze. Wielu z zesłanych nie przeżyło pierwszej zimy. Babcia Marczewska opowiadała o tym po polsku, ze śpiewnym kresowym akcentem. Polacy w Kazachstanie przeżyli lata terroru, głodu, zimna i upokorzenia. Za rozmowy po polsku groziły surowe kary. Mimo to przekazywali z pokolenia na pokolenie wiarę katolicką i polskość.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji