Nowy numer 50/2019 Archiwum

Decyzja życia

Z  II trenerem reprezentacji Polski w piłce nożnej Markiem Wleciałowskim rozmawia Marcin Jakimowicz.

Marcin Jakimowicz: Jako chłopak byłem na boisku Janem Furtokiem. Kim był Mareczek Wleciałowski?

Marek Wleciałowski: – Czasem Bońkiem, czasem Smolarkiem. To był czas mundialu w Hiszpanii w 1982 roku. Pamiętam ciszę na ulicach i krzyk dzieciaków zwiastujących, że nasi strzelili gola drużynie Peru. Oglądałem ten mecz w najlepszym wieku do oglądania piłki nożnej (śmiech).

Później, już jako piłkarz Ruchu, grał Pan „na placu” z chłopakami z sąsiedztwa. Dla nich była to nobilitacja: gramy z Wleciałowskim!

– Takie sytuacje w Chorzowie Batorym były całkiem normalne. Często spotykaliśmy się na boiskach szkolnych. Dwie drużyny ustalały symboliczną stawkę i grały. Nie było gwiazdorstwa. Do dziś pamiętam niezwykły klimat meczów. Wielu znajomych także chętnie wspomina te wydarzenia.

Na trybunach zasiada mnóstwo chłopaków bez ojców. Czy oni nie szukają w piłkarzach autorytetu ojca? Twardego faceta, który pokaże im, jak żyć i jakich wyborów dokonywać?

– To chyba zbyt górnolotne sformułowania. Ci chłopcy (często rzeczywiście z rozbitych rodzin) szukają po prostu normalności. A ponieważ w domu nie mają z kim pójść na mecz, szukają środowiska, które ich zaakceptuje. Noszą w sobie jakieś zranienia i chociaż nie mają bezpośredniej motywacji, by na boisku szukać wzorców, pewnie szukają... Ale to jest ukryte, podświadome, niewyrażalne.

Ks. Michał Misiak opowiadał, że gdy chodzi na ewangelizację po łódzkich gimnazjach, bierze ze sobą jakiegoś piłkarza Widzewa. Jedno jego zdanie o tym, że warto chodzić do kościoła, robi więcej niż gadanina księdza.

– Autorytet jest potrzebny. Tyle że, myślę, nie ma znaczenia, czy to jest piłkarz, hip-hopowiec czy solista znanej kapeli. On jest jedynie narzędziem. Mówi: nie bójcie się Chrystusa, przy Nim znajdziecie przestrzeń do tego, by się zmienić, zacząć się rozwijać. Młodym wystarczy dać taki impuls.

Pan znalazł ten impuls w Kościele?

– Tak. Oprócz wzorców wyniesionych z domu, człowiek szuka na zewnątrz. Rozglądałem się więc i szukałem.

Czego Pan szukał w Kościele?

– Przede wszystkim spokoju. Przestrzeni, w której mogłem przyjrzeć się sobie. W Kościele spotykam mnóstwo normalnych, porządnych ludzi. A to od nich można się najwięcej nauczyć! Kościół w Chorzowie Batorym wychodził z inicjatywą. Miał wiele do zaproponowania młodym. Tak jest do dzisiaj. A jednocześnie czuło się, że nie chce ich „kupić” czy zmanipulować.

Pamięta Pan ewangelizacyjne szaleństwa ks. Szymika i Witka Wolnego?

– Oczywiście! Przyglądałem się temu. Widziałem radość, entuzjazm wypływający z dzielenia się wiarą. Ciekawiło mnie to. Była świetna muzyka, przedsięwzięcia, które wyłamywały się z szarzyzny i codzienności.

„Bóg był z nami tylko w pierwszej połowie” – rzucił komentator w czasie meczu Polska–Austria na EURO 2008. Czyli wtedy, gdy było sielankowo i wygrywaliśmy. Też ma Pan takie doświadczenie? Boga jako źródła sukcesu?

– Wiem, że jest On ze mną w każdej sytuacji. Jednak rozumiem intencje tego komentatora. Dla mnie to normalne, gdy ktoś powie, że Pan Bóg jest w czymś dobrym. Tego przecież szukamy. Ale ja odkrywam Go po dwóch stronach medalu. Sprawdzało się też w moim życiu powiedzenie: „Jak trwoga to do Boga”. To widać nie tylko w życiu osobistym, ale i na boisku. Element błędu, pomyłki, porażki jest jednocześnie odskocznią, motywacją do wzrostu w następnym meczu. To sinusoida. Ile razy tuż po tym, gdy człowiek czuł się panem sytuacji, następowały ogromne rozczarowanie, bezradność. Najtrudniej wydobyć się z dna. Piłka nożna nauczyła mnie, że nieustannie balansujesz między dnem a podium, między pocieszeniem a strapieniem. To nieustanna walka. Zrozumiałem to głębiej, przepracowując ćwiczenia duchowe św. Ignacego z Loyoli.

Przeżywał Pan kiedyś chwile, gdy krzyczał do nieba, a odpowiadała jedynie pustka?

– Na szczęście, jak dotychczas, nawet gdy byłem w trudnej sytuacji, dana mi była wystarczająca ilość cierpliwości, aby dostrzec, co dalej... Widzę tylko jeden problem: gdy człowiek zamyka się sam w sobie. To ogromna pułapka. Zamykasz się w sobie i nie widzisz już nic. W sporcie nie ma miejsca dla takich ludzi. Wiara pomaga mi bardzo w podejmowaniu życiowych decyzji. To najtrudniejsza sztuka, wyższa szkoła jazdy. Podjęcie decyzji, gdzie iść, co zrobić. A w sporcie dzieje się to na oczach tysięcy ludzi, którzy wszystko wiedzą o piłce nożnej (śmiech). To ma też przełożenie na decyzje życiowe.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji