Nowy numer 27/2022 Archiwum

Intelektualiści na Marszu

Jak podaje policja, Kongres Kultury Chrześcijańskiej w Lublinie przebiegł bez incydentów.

W tym samym czasie, kiedy ulicami Warszawy przeszły tysiące (zdaniem jednych: dziesiątki, zdaniem drugich: setki tysięcy) przeciwników rządu Donalda Tuska, na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim odbył się IV Kongres Kultury Chrześcijańskiej. Wzięło w nim udział łącznie ok. kilkuset osób – naukowców, duchownych, ale i świeckich, którzy nie mają na co dzień styczności z tematami, poruszanymi na tym spotkaniu. W kuluarach rozmawiałem ze studentami, którzy pędzili z jednego panelu o chrześcijańskim miłosierdziu na drugi panel o nowym feminizmie i z emerytkami, które wreszcie mają czas na poszerzanie swojej wiedzy (choć z drugiej strony zadają nieco przydługie pytania).

A było czego posłuchać. I to nie tylko w trakcie naukowych wykładów takich osób jak abp Celestino Migliore czy George Weigel. Obrady ożywiały panele, na których osoby o różnych doświadczeniach i wrażliwościach mogły wymienić poglądy na takie tematy, jak chrześcijańskie miłosierdzie, nowy feminizm, czy relacje między mediami a Kościołem. Szczególne wrażenie zrobiło na mnie żywe świadectwo s. Małgorzaty Chmielewskiej i ks. Jacka Stryczka, którzy krytykowali powszechne formy pomocy biednym. Dlaczego córce biednych rodziców musimy koniecznie dawać „odpadki” w postaci misia z urwanym uchem? Bajki o dzieciach, które cieszą się z połamanych zabawek są szczególnie wzruszające dla tych, którzy mają pieniądze na nowe gadająco-siusiające lalki i zdalnie sterowane samochody, ale obawiam się, że rodziców bohaterów tych opowieści już tak za serce nie łapią. S. Chmielewska mówiła o tym, jak ważny dla ubogich jest kontakt z pięknem. Jednak prawdziwym obuchem była wypowiedź ks. Mieczysława Puzewicza, twórcy Centrum Wolontariatu w Lublinie, który stwierdził, że kto nie ma „swojego ubogiego” ten nie pójdzie nawet do czyśćca…

Krótszy lub dłuższy akapit można by poświęcić właściwie wszystkim wystąpieniom – z moich faworytów wymienię wykład prof. Buttiglione o stosunku Jana Pawła II do praw człowieka, ks. Tomasa Halika o dechrystianizacji i panel na temat relacji Kościoła i mediów. Po powrocie do domu w rzeczonych mediach nie można było jednak znaleźć wiele informacji o tym wydarzeniu. Wszędzie królował za to marsz „Obudź się Polsko”, relacje z protestów i komentarze ekspertów.

Zupełnie mnie to nie dziwi. Sam, pisząc relacje z obrad, nieomal zasypiam. I to nie dlatego, że były nudne – po prostu trudno pasjonująco pisać o facetach i facetkach siedzących za stołem prezydialnym lub wygłaszającym swoje refleksje z pulpitu. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja z manifestacjami, na których można nagrać smakowite i szybkie obrazki. Do chóru przeciwników Marszu się nie przyłączę, bo być może rzeczywiście nastąpił moment, w którym przeciwnicy rządu wychodzą na ulicę nie po to, żeby protestować przeciwko jakiemuś konkretnemu działaniu, ale – przeciwko rządowi jako takiemu (choć mocno zgrzyta mi zaangażowanie o. Rydzyka, jako zakonnika i katolickiego księdza, w tę imprezę). Niemniej zdziwiło mnie niewielkie zainteresowanie tematem mediów katolickich – szczególnie tych, dla których walka o kulturę chrześcijańską jest bardzo istotna.

Podczas debaty „>Człowiek drogą Kościoła<. A co drogą człowieka?” trudne pytania Jerzemu Sosnowskiemu i ks. Andrzejowi Dragule musiał zadawać prowadzący dyskusję, ponieważ zabrakło panelistów, którzy by się z nimi nie zgadzali. W kuluarach kilkakrotnie rozmawiałem z przedstawicielami „Więzi”, uciąłem sobie także krótką pogawędkę przy stoisku „Znaku”, jednak na próżno tęsknym wzrokiem wypatrywałem starych znajomych ze środowiska „Frondy”. Szkoda także, że nikt z „Christianitas” nie przybył zadać podchwytliwego pytania np. Zygmuntowi Baumanowi. Wiem za to, że część osób związanych z warszawskim środowiskiem tradycji maszerowała na Plac Zamkowy. Oczywiście mają ku temu prawo.

Być może przemawia przeze mnie po prostu lokalny patriotyzm, być może KKCh jest tak naprawdę tylko jednym z wielu wydarzeń w kalendarzu polskiego Kościoła, wydarzeniem de facto lokalnym, w którym tylko przypadkowo uczestniczy ktoś z dalekiej Warszawy. Z pewnością inicjatywa przeżywa trudne chwile po śmierci swojego twórcy, abpa Józefa Życińskiego, a dalszy jej los być może stoi pod znakiem zapytania. Nie zmienia to jednak faktu, że Kongres Kultury Chrześcijańskiej jest inicjatywą, która umożliwia spotkanie się katolików o różnych poglądach i wrażliwościach: fakt, iż nie jest się zaproszonym do udziału w panelu, nie znaczy, że nie można w nim uczestniczyć jako słuchacz, zadać pytania, czy zaczepić prelegenta w kuluarach. Że nie można także tam prowadzić dyskusji o Kościele – bo miejsc, gdzie można to dziś robić nie wchodząc w pyskówki, jest bardzo mało. A Lublin jest ku temu miejscem wręcz wymarzonym: to w końcu tu dzieje się akcja „Monachomachii” Ignacego Krasickiego.

V Kongres – o ile się odbędzie – będzie miał miejsce za cztery lata. Mógłby być bardziej pluralistyczny, jeśli chodzi o „oficjalnych” uczestników i lepiej rozreklamowany. Z pewnością jednak potrzebuje katolików, którym chce się spotykać i dyskutować, nie tylko w gronie własnych przyjaciół i w studiach telewizyjnych.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama