Nowy numer 28/2020 Archiwum

Śpiewał tak głośno, aż pękały mury

Dzieciństwo z Karolem Wojtyłą wspomina jego szkolny kolega.

Dziś z okazji urodzin Karola Wojtyły, w jego rodzinnych Wadowicach, odbędą się uroczystości z udziałem kard. Stanisława Dziwisza. Jednym z punktów obchodów będzie wręczenie tytułu honorowego obywatela miasta Eugeniuszowi Mrozowi, jednemu z dwóch żyjących kolegów szkolnych Jana Pawła II. W rozmowie z KAI Eugeniusz Mróz wspomina dzieciństwo, spędzone wspólnie z Karolem Wojtyłą.

KAI: Panie Eugeniuszu, chyba żaden z kolegów szkolnych Karola Wojtyły nie był niego tak blisko jak pan?

Eugeniusz Mróz: Lolek najbardziej przyjaźnił się ze Zbyszkiem Siłkowskim i Antkiem Bohdanowiczem, ale tylko ja z kolegów szkolnych byłem jego sąsiadem.

Mieszkaliśmy w tym samym domu należącym do Chaima Bałamutha, mieliśmy wspólną klatkę schodową. Przez ganek, na prawo, wchodziło się z niej do mieszkania Wojtyłów. Wszystkie okna ich niewielkiego, 2-pokojowego mieszkania wychodziły na kościół, na którego południowym murze widniał napis: „Czas ucieka, wieczność czeka”. Z kuchni wchodziło się do małego pokoju.

To symboliczne. Karol Wojtyła od dzieciństwa wzrastał w pobliżu kościoła – tego przez małe i duże „K”.

- Nawet my, jego koledzy, bardzo młodzi i niedojrzali, dostrzegaliśmy to. On był od nas inny, bardziej dojrzały i poważny, choć lubił żartować. Już od małego szedł drogą do świętości.

Co o tym świadczyło, czy tylko pobożność?

- On do małego ufał Bogu. Gdy mu zmarł ukochany brat Edmund, sąsiadka, Helena Szczepańska, próbowała go pocieszyć. Lolek odpowiedział: „Widocznie taka była wola Boga”. Odpowiedź zdumiewająca jak na 12-letniego chłopca, który trzy lata wcześniej przeżył śmierć mamy i miałby prawo buntować się po kolejnej bolesnej stracie.

Biografowie Jana Pawła II rozpisywali się o pobożności Karola Wojtyły.

- Bo to była prawda. Dzień u Wojtyłów rozpoczynał i kończył się modlitwą. W tej rodzinie czytało się Biblię, co w tamtych czasach należało do rzadkości, oraz śpiewano „Godzinki”. Przy drzwiach wejściowych do mieszkania wisiała porcelanowa kropielniczka z wodą święconą. Wchodząc albo wychodząc z domu Lolek maczał w niej place i czynił znak krzyża. Po śmierci Emilii Wojtyłowej ojciec i syn przenieśli się do małego pokoju, a w dużym – który został niemal wyłączony z użytkowania – urządzili kaplicę.

Czy pobożność Lolka była ostentacyjna?

- Nie, była najzupełniej naturalna. Przed lekcjami wstępował do kościoła, aby modlić się przed obrazem Matki Bożej Nieustającej Pomocy, który po latach, już jako papież, ukoronował. Chodziłem z nim na roraty i nieszpory, choć nie tak regularnie jak on. Lolek śpiewał tak głośno, że pękały mury wadowickiej świątyni (śmiech). Regularnie służył do mszy i był prezesem kółka ministranckiego. Gdy wędrowaliśmy po górach i zbliżała się godzina dwunasta, Lolek dawał hasło do „Anioła Pańskiego”. Czasem odrabialiśmy razem lekcje. Zastanawiało nas to, dlaczego Wojtyła, nic nie mówiąc, opuszczał nas na chwilę. Sprawa się wydała po tym, jak Antek Bohdanowicz przez uchylone drzwi dostrzegł jak Karol się modli.

« 1 2 3 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama