Nowy numer 27/2020 Archiwum

Sześć godzin na mrozie

Wiedział, 
że jeśli złamie nakaz hitlerowców i obejmie duszpasterstwem przymusowych robotników, może zostać zabrany do obozu. Jednak potrzeba niesienia nadziei i miłości Boga była ważniejsza. 


Sługa Boży ks. Ernst Karbaum urodził się 4 lutego 1891 roku w Mingajnach pod Ornetą. Po ukończeniu braniewskiego gimnazjum wstąpił do seminarium. W 1917 r. z rąk bp. Augustyna Bludaua otrzymał święcenia kapłańskie. Podczas I wojny światowej był sanitariuszem, a za swoje zasługi został odznaczony Krzyżem Żelaznym II klasy. Jako wikary pracował w wielu parafiach, by objąć urząd kuratora sierocińca dla chłopców w Gdańsku-Starych Szkotach. Od 1931 r. objął parafię w Niedźwiedzicy koło Gdańska. Po wybuchu II wojny światowej w Niedźwiedzicy przebywali polscy robotnicy przymusowi. Ksiądz Ernst, mimo zakazów, wygłosił do nich kazanie, wzbudzając nadzieję na zmianę trudnej sytuacji, co poczytano mu za zdradę stanu. W konsekwencji trafił on do obozu koncentracyjnego w Sztutowie. W wyniku tortur zmarł 18 grudnia 1940 roku. Jego ciało spalono w krematorium.


Nieść umocnienie


Ksiądz Ernst Korbaum postrzegany był jako osoba skromna i wstrzemięźliwa. Jego chęć bycia dobrym duszpasterzem oraz pragnienie przywrócenia jedności z Bogiem poprzez umartwianie się i pokutę owocowały całkowitą wstrzemięźliwością od alkoholu, tytoniu czy, w późniejszym okresie życia, od pokarmów mięsnych. Jego wrodzona skromność powodowała, iż nie lubił publicznych wystąpień, jednak mimo to jego gorliwość duszpasterska uwidaczniała się życzliwością i miłością wobec ludzi. W trudnych chwilach nie bał się pocieszać i umacniać przymusowych robotników, głosząc im nauki oraz zachęcając do uczestniczenia w życiu sakramentalnym.


Świadectwo śmierci


W obozie hitlerowskim więziony był również ks. Bruno Schliep z Berlina, który był naocznym świadkiem męczeńskiej śmierci ks. Ernsta Karbauma. W swym świadectwie napisał: „Tydzień przed Świętami Bożego Narodzenia 1940 roku został przywieziony przez gestapo z Niedźwiedzicy do obozu w Stutthofie ks. proboszcz Karbaum. Około godz. 14.00 pracowałem wówczas przy wyrobie płytek, doniesiono mi, że proboszcz Karbaum będzie »święcony«, to znaczy »przejdzie przez kozła«, otrzyma 25 uderzeń batem. Po tej procedurze, którą musiał przejść każdy więzień, rozebrali go
SS-mani i pozostawili nago na 15-stopniowym mrozie przed łaźnią i ubieralnią. Wieczorem widziałem osobiście ks. Karbauma. Nie mógł już stać i był wspierany przez dwóch więźniów. Zgromadzono wszystkich więźniów, około 4000 mężczyzn i 60 kobiet. Ks. Karbaum przeszedł jeszcze raz przez kozła, do którego został zawleczony. Dwaj współwięźniowie bili go na polecenie komendanta obozu. Gdy był bity i kopany w podbrzusze, Karbaum milczał. Współwięźniowie modlili się za niego i odetchnęli, gdy powrócił na swoje miejsce. Pamiętam także, że komendant obozu z pejczem stanął przed ks. Karbaumem i wyzywał go słowami »polski klecha« oraz »Upiłeś się winem i bronisz to łajno, Polaków. Opowiedz, z czego spowiadali się!«. Karbaum, chociaż został uderzony pięścią, milczał i w ciszy modlił się. Stałem oddalony od niego około 10 metrów. Z jego twarzy poznałem, że te ciosy już nie sprawiały mu bólu. Jego twarz była zakrwawiona, zupełnie zniekształcona. (...). Noc spędził ks. Karbaum w baraku numer 34. Rankiem został przydzielony do pracy w karnej kompanii. Kompania karna składała się z »bumelantów«. Każdy, kogo gestapo dostarczyło jako »bumelanta«, musiał przez sześć tygodni pracować w biegu. Wielu nie wytrzymywało mordęgi i po kilku dniach wynoszono ich zwłoki. Szefem tej kolumny był SS-man Wolf incarnatio diaboli (wcielenie diabła), który szczególnie nienawidził katolickich księży i na jego konto należy zapisać ofiary, jakie poniosło duchowieństwo. Karbauma powierzono więc katu. Na obiad przywieziono ks. Karbauma do obozu na wozie. Cóż się stało? Wolf prowadził prace przy wyrębie drzew. Jak donieśli mi współwięźniowie, Karbaum położył się w lesie na śniegu. Wolf stanął na nim nogą i kijem uderzył go w kręgosłup. Koniec kapłana był bliski. Chociaż ks. Karbaum nie mógł już stanąć na nogi, został jeszcze zabrany do popołudniowej pracy. Sześć godzin leżał przy 18-stopniowym mrozie na śniegu. Wieczorem ponownie przywieziono go do baraku numer 34. Mężczyźni położyli go na pryczy. Następnego dnia ks. Karbaum nie stawił się do pracy. Zmarł w nocy z powodu odniesionych ran. Współwięzień, ks. Konak, jeszcze wieczorem przed śmiercią udzielił mu absolucji”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama