Nowy numer 12/2019 Archiwum

Między meczami

Znają dwie modlitwy. „Za Górny Śląsk, za GKS pójdziemy aż po życia kres. Bo to nasz klub, drużyna ma, jesteśmy zawsze tam, gdzie Gieksa gra”. I drugą, której nauczyli się w Wysokim Zamku: „Dla Jego bolesnej męki”...

Sierpień 2002. Gieksa czeka na przyjazd Widzewa

Idą w trójkę. Przemykają w cieniu brudnych familoków. Jeden z chłopaków zaciska palce na sporym bejsbolowym kiju. Skręcają w ciasną uliczkę i wchodzą do Wysokiego Zamku. Przez okna sączy się utwór Grammatika: „Cicho Cię proszę, chroń przed ścieżką ciemną, nawet najtwardsi mają chwile, kiedy potrzebują klęknąć”. – Nie boisz się ich? – pytam stojącą przy barze Wiolę. – Nie. To oni się boją! Dlatego chodzą z kijami. Przychodzą tu codziennie. Wiola tu rządzi. Od roku prowadzi klub przy ulicy Gliwickiej w Katowicach. – Gdyby nie opieka Jezusa, nie zostałabym tu ani chwili. Raz tylko przestraszyłam się, gdy otwierając klub, zobaczyłam na schodkach kałużę krwi. Co tu się w nocy wydarzyło?

Gdy kilka lat wcześniej Wiola z przyjaciółmi z prowadzonej przez o. Ryszarda Sierańskiego Wspólnoty Dobrego Pasterza zaczęła opowiadać o pomyśle założenia chrześcijańskiego klubu, znajomi dyskretnie pukali się w czoło. „Załęże? Strach się bać!” – szeptano w towarzystwie. Tymczasem klub ruszył pełną parą. Zaczęło się od zadymy. – Sylwester. Za chwilę ma się rozpocząć pierwsza impreza w klubie. Kilku księży, dziesiątki przyjaciół, ostatnie przygotowania – wspomina Leszek Szawiński. – Nagle do sali wpadają młodzi podpici chłopcy. Zaczynają się zaczepki, wyzwiska, szamotanina. Bluźnierstwa, krew... Zaprosiliśmy ich na Mszę. I co nas zdumiało – zostali. Byli spłoszeni, nie potrafili się zachować, ale zostali. Jak się okazało, na dłużej.

Luty 2012. GKS przegrał sparing z MFK Karvina 

– Gdy byłem u was przed 10 laty, pomyślałem: wytrzymacie pół roku, no, może rok. Potem skapitulujecie... – zaczepiam Wiolę i Marka Richterów. – Dzięki za zaufanie – wybuchają śmiechem. – Czy miewaliśmy pokusę, by spakować manatki? Każdego dnia... Ale dzięki temu wiemy, że nie my trzymamy stery. Plany na przyszłość? Przeżyć kolejny dzień, przetrwać kryzysy z ludźmi. Wysoki Zamek to nie miejsce dla tych, którzy oczekują natychmiastowych owoców.

Rozmawiamy pod ogromnym obrazem. – Jezus podtrzymuje ubogiego, pobitego przez życie mężczyznę – opowiada Wiola. – Najbardziej dotyka mnie to, że ten młody chłopak trzyma w rękach gwóźdź i młotek, a mimo to Jezus nie waha się przytulić osuwającego się na ziemię narkomana.

Każdego dnia popołudniami przychodzi tu kilkunastu młodych. Trafiają z różnych światów. Jedni przeszli piekło uzależnienia od narkotyków lub alkoholu, inni doświadczyli trudnego dzieciństwa. Wielu szuka miejsca, w którym mogliby się zrealizować. Czują się tu jak w domu. – Najśmieszniejsze są relacje między tymi, którzy w klubie są od lat, a nowymi chłopakami. Ci „starzy wyjadacze” stali się bardzo agresywnymi katolikami – śmieje się Marek. – Wchodzą do klubu i krzyczą na młodych: „Ściągajcie czapki, nie widzicie, że tu wisi krzyż?”. A jeszcze kilka lat temu sami dymili, ile wlazło…

Gęsto od agresji

Odrapane Załęże jest żółto-zielono-czarne. Oprócz okolic ulicy Pokoju, która jest niebieska. Gieksa i Ruch to słowa graniczne. Drut kolczasty. Przepaść.

– Szliśmy kiedyś z dziesiątką chłopaków do mieszkających w jednym z familoków kapucynów – opowiada Marek. – Nagle jak spod ziemi wyskoczyła banda 30 zamaskowanych facetów. Wszyscy z ogromnymi kijami. Otoczyli nas, jeden z nich popatrzył na ukryte pod kapturami twarze naszych chłopaków i zawołał: „K… to nasi”. Zostawili nas w spokoju. Przed rokiem szedłem Gliwicką do chorego z Panem Jezusem (jestem szafarzem Komunii św.). Wybiegła wprost na mnie grupa zamaskowanych kiboli. Powietrze było gęste od agresji. Wyjąłem Najświętszy Sakrament, a oni rozstąpili się i odeszli. Chłopcy, którzy przychodzą do klubu, mają jedyną świętość: Gieksę. Gdy wzięliśmy ich na wypad za miasto, w pokojach mieli totalny bałagan. Wszystko walało się na ziemi. Jedynie czapki i szaliki GKS-u były ułożone z pietyzmem na fotelach. To było bardzo symboliczne. Wyglądało jak prowizorycznie sklecony ołtarzyk. Przez 10 lat widzieliśmy, jak w momentach zawirowań kumple kibole zostawiali tych chłopaków na lodzie. Oni nie znają poczucia solidarności. Mogą skombinować sobie fajki, ale gdy przychodzi większy kaliber, pozostawiają cię samego i znikają.

Święty Giekaes jest bogiem pozbawionym mocy. Na szczęście Wiola i Marek nie patrzą na klubowe szaliki.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji